My Państwu życzymy zastanowienia nad tym jak wyglądają ostatnie dwa lata w Gminie. Do czego doprowadziliściście i do odpowiedzi na pytanie dlaczego dalej w to brniecie. Spokój nie zamieszka w te święta w wielu domach bo ich mieszkańcy będą bać się o to co przyniosą kolejne miesiące… Nie znamy stanowiska Rady Gminy ani Wójta w sprawie aneksji. Jest deklaracja rozmowy ale w przeciwieństwie do Miasta punktów negocjacyjnych na które wyrazi zgodę Rada BRAK. To konflikt toczący się od czasu wyborów potęguję ta bezradność Gminy i jej przedstawicieli w podjęciu jakichkolwiek decyzji a to stawia nas na z góry przegranej pozycji w nadchodzącym starciu. Mam tylko nadzieję że pozytywna dla miasta decyzja pociągnie za sobą referendum w sprawie odwołania Rady i Wójta. Szkodników z Watahy i całej reszty milczących bez wyrazu jak Pan Pawlik czy Kołodziej oraz Pana Sosny liczę, że ta Gmina nigdy już nie ujrzy na żadnych eksponowanych stanowiskach,
W pewnej spokojnej dolinie, tuż przed świętami wielkanocnymi, gdy wszędzie pachniało żurkiem i świeżym chlebem, a zajączki krzątały się między krzakami, istniała pewna góra. Nie była to jednak zwykła góra – czasem parowała jak garnek na świątecznym ogniu, a czasem przypominała wszystkim, że nie każdą rzecz da się przykryć serwetką na stole.
Mieszkańcy doliny żyli swoim rytmem, przygotowywali koszyczki, malowali pisanki i starali się nie myśleć o tej górze zbyt często. Ale był ktoś, kto myślał o niej bardzo często – Łysy Rycerz. Chodził od domu do domu, między jednym mazurkiem a drugim, i powtarzał, że trzeba coś zrobić.
I tak, tuż przed świętami, zwołano wielkie wydarzenie. Ludzie przyszli licznie, jak na świąteczne śniadanie. Oddawali swoje głosy, rozmawiali, kiwali głowami. Wynik był jednoznaczny – większość nie chciała zmian.
Ogłoszono więc, że dolina się obroniła. Że głos ludu wybrzmiał donośnie jak wielkanocne dzwony. Zapisano to w kronikach, a przy okazji opróżniono trochę skarbiec, bo takie wydarzenia nie odbywają się za darmo.
Ale gdy minęły święta, a pisanki zaczęły znikać ze stołów, przyszła refleksja.
Po drugiej stronie rzeki, w dużym mieście, gdzie święta też minęły spokojnie, nikt specjalnie nie zmienił swoich planów. Spojrzano na wieści z doliny, skinęto głową i zajęto się swoimi sprawami.
A w dolinie zaczęły pojawiać się pytania.
Czy to była prawdziwa walka, czy raczej świąteczne przedstawienie?
Czy koszyczek był pełen nadziei… czy tylko dobrze przygotowany na pokaz?
Czy wynik miał coś zmienić, czy tylko pozwolił wszystkim powiedzieć: „zrobiliśmy, co mogliśmy”?
I najważniejsze – co z górą?
Bo góra jak stała, tak stoi.
I coraz częściej mówiło się szeptem, że może niedługo dolina się zmieni, że część jej znajdzie się pod opieką większego miasta. A wraz z nią ludzie, domy… i sama góra.
Bo góra nie znika.
Zmienia się tylko to, kto za nią odpowiada.
I wtedy ktoś zauważył coś bardzo prostego, choć niewygodnego:
że może nie chodziło o to, żeby górę usunąć,
ale żeby przestała być problemem tej doliny właśnie teraz, w tym miejscu.
A kiedy tak się stanie, każdy będzie mógł spokojnie usiąść przy stole i powiedzieć, że próbował, że walczył, że zrobił wszystko.
A mieszkańcy najbliżej góry?
Oni nadal będą tam mieszkać.
Tylko ich adres się zmieni, a święta będą wyglądać podobnie — może tylko z innym widokiem za oknem.
Morał tej wielkanocnej opowieści jest prosty:
czasem malujemy piękne pisanki i szykujemy uroczyste chwile,
ale pod nimi zostają te same sprawy, które wymagają czegoś więcej niż świątecznego gestu.
A prawdziwe pytania pojawiają się dopiero po świętach:
czy była to obrona, czy tylko tradycja?
czy problem zniknął, czy tylko zmienił właściciela?
i kto tak naprawdę znalazł w tym koszyku najwięcej korzyści?
Ta strona korzysta z plików cookies (ciasteczek) dla zapewnienia jej pełnej funkcjonalności oraz do celów statystycznych. Dalsze korzystanie z tej strony oznacza akceptację do umieszczania plików cookies na Twoim komputerze.
My Państwu życzymy zastanowienia nad tym jak wyglądają ostatnie dwa lata w Gminie. Do czego doprowadziliściście i do odpowiedzi na pytanie dlaczego dalej w to brniecie. Spokój nie zamieszka w te święta w wielu domach bo ich mieszkańcy będą bać się o to co przyniosą kolejne miesiące… Nie znamy stanowiska Rady Gminy ani Wójta w sprawie aneksji. Jest deklaracja rozmowy ale w przeciwieństwie do Miasta punktów negocjacyjnych na które wyrazi zgodę Rada BRAK. To konflikt toczący się od czasu wyborów potęguję ta bezradność Gminy i jej przedstawicieli w podjęciu jakichkolwiek decyzji a to stawia nas na z góry przegranej pozycji w nadchodzącym starciu. Mam tylko nadzieję że pozytywna dla miasta decyzja pociągnie za sobą referendum w sprawie odwołania Rady i Wójta. Szkodników z Watahy i całej reszty milczących bez wyrazu jak Pan Pawlik czy Kołodziej oraz Pana Sosny liczę, że ta Gmina nigdy już nie ujrzy na żadnych eksponowanych stanowiskach,
W pewnej spokojnej dolinie, tuż przed świętami wielkanocnymi, gdy wszędzie pachniało żurkiem i świeżym chlebem, a zajączki krzątały się między krzakami, istniała pewna góra. Nie była to jednak zwykła góra – czasem parowała jak garnek na świątecznym ogniu, a czasem przypominała wszystkim, że nie każdą rzecz da się przykryć serwetką na stole.
Mieszkańcy doliny żyli swoim rytmem, przygotowywali koszyczki, malowali pisanki i starali się nie myśleć o tej górze zbyt często. Ale był ktoś, kto myślał o niej bardzo często – Łysy Rycerz. Chodził od domu do domu, między jednym mazurkiem a drugim, i powtarzał, że trzeba coś zrobić.
I tak, tuż przed świętami, zwołano wielkie wydarzenie. Ludzie przyszli licznie, jak na świąteczne śniadanie. Oddawali swoje głosy, rozmawiali, kiwali głowami. Wynik był jednoznaczny – większość nie chciała zmian.
Ogłoszono więc, że dolina się obroniła. Że głos ludu wybrzmiał donośnie jak wielkanocne dzwony. Zapisano to w kronikach, a przy okazji opróżniono trochę skarbiec, bo takie wydarzenia nie odbywają się za darmo.
Ale gdy minęły święta, a pisanki zaczęły znikać ze stołów, przyszła refleksja.
Po drugiej stronie rzeki, w dużym mieście, gdzie święta też minęły spokojnie, nikt specjalnie nie zmienił swoich planów. Spojrzano na wieści z doliny, skinęto głową i zajęto się swoimi sprawami.
A w dolinie zaczęły pojawiać się pytania.
Czy to była prawdziwa walka, czy raczej świąteczne przedstawienie?
Czy koszyczek był pełen nadziei… czy tylko dobrze przygotowany na pokaz?
Czy wynik miał coś zmienić, czy tylko pozwolił wszystkim powiedzieć: „zrobiliśmy, co mogliśmy”?
I najważniejsze – co z górą?
Bo góra jak stała, tak stoi.
I coraz częściej mówiło się szeptem, że może niedługo dolina się zmieni, że część jej znajdzie się pod opieką większego miasta. A wraz z nią ludzie, domy… i sama góra.
Bo góra nie znika.
Zmienia się tylko to, kto za nią odpowiada.
I wtedy ktoś zauważył coś bardzo prostego, choć niewygodnego:
że może nie chodziło o to, żeby górę usunąć,
ale żeby przestała być problemem tej doliny właśnie teraz, w tym miejscu.
A kiedy tak się stanie, każdy będzie mógł spokojnie usiąść przy stole i powiedzieć, że próbował, że walczył, że zrobił wszystko.
A mieszkańcy najbliżej góry?
Oni nadal będą tam mieszkać.
Tylko ich adres się zmieni, a święta będą wyglądać podobnie — może tylko z innym widokiem za oknem.
Morał tej wielkanocnej opowieści jest prosty:
czasem malujemy piękne pisanki i szykujemy uroczyste chwile,
ale pod nimi zostają te same sprawy, które wymagają czegoś więcej niż świątecznego gestu.
A prawdziwe pytania pojawiają się dopiero po świętach:
czy była to obrona, czy tylko tradycja?
czy problem zniknął, czy tylko zmienił właściciela?
i kto tak naprawdę znalazł w tym koszyku najwięcej korzyści?