Podczas wczorajszej sesji Rady Gminy Poczesna, wiceprzewodniczący rady Łukasz Szumera zarzucił wicewójtowi Robertowi Kępie, że w sprawie radnego Roberta Rakusa wicewójt nie powinien zawiadamiać organy samorządowe, a powinien go tylko upomnieć. Szumera odwołał się do swojego chrześcijaństwa i do tego, że według niego Rakus to dobry człowiek.
Szumera przyznał, iż Robert Rakus według niego złamał prawo. A prawo mówi wyraźnie. Rakus powinien stracić mandat i właśnie oto miał pretensje do Kępy, który w tej sprawie zawiadomił organy Wojewody Śląskiego, Komisarza Wyborczego oraz Przewodniczącą Rady Gminy Poczesna. Szumera stwierdził, że mimo złamania prawa, Kępa powinien upomnieć radnego, a nie powiadamiać organy. Czyli wyraził się jasno. W tej sprawie wszystko powinno być "zamiecione pod dywan".
O co chodzi?
22 października 2025 roku w świetlicy środowiskowej w Korwinowie, która należy do gminy i jest mieniem gminnym, odbył się kurs pierwszej pomocy przedmedyczynej zorganizowany przez sołtysa Marcina Puchałę i radę sołecką. Kurs miał być dla mieszkańców bezpłatny, opłacony z Funduszu Sołeckiego Sołectwa Korwinów.
Sołtys Puchała, to prywatnie mąż Justyny Krawiec-Puchały radnej z Korwinowa.
Kurs dla mieszkańców sołectwa Korwinów przeprowadziła firma All Medical Robert Rakus z Huty Starej A. Jest to firma radnego Roberta Rakusa. Kurs sołectwo kosztował 1800 zł, za co została wystawiona faktura na Urząd Gminy Poczesna, opisana, zatwierdzona przez sołtysa Marcina Puchałę i dostarczona do gminy.
I tutaj zaczyna się problem. Radny nie może wystawić faktury na gminę, ponieważ ustawa zakazuje radnym świadczenia odpłatnych usług na rzecz gminy, z którą są związani, aby uniknąć konfliktu interesów. Tyczy się to gminy i urzędu, bowiem niektóre gminy różnie rozliczają się skarbowo "osobno".
A przepisy mówią wyraźnie:
Art. 24f ust. 1: „Radny nie może prowadzić działalności gospodarczej na własny rachunek lub wspólnie z innymi osobami z wykorzystaniem mienia komunalnego gminy, w której uzyskał mandat. Nie może także zarządzać taką działalnością ani być przedstawicielem lub pełnomocnikiem w prowadzeniu takiej działalności.”
Art. 24f ust. 2: „Naruszenie zakazu, o którym mowa w ust. 1, stanowi podstawę do wygaśnięcia mandatu radnego.”
Co to oznacza? Wystawienie faktury na rzecz gminy Poczesna za przeprowadzenie kursu za 1800 zł z wykorzystaniem mienia gminnego, wyczerpuje art. 24f ustawy o samorządzie gminnym. Podobne sprawy były już zaskarżane, ale stanowisko sądów w podobnych sprawach jest jednoznaczne.
Ale co dzieje się dalej?
Wójt dowiedziawszy się o całej sytuacji, postępuje zgodnie z procedurami. Zostają zawiadomione odpowiednie jednostki, w tym Rada Gminy Poczesna, Komisarz Wyborczy i Wojewoda Śląski. Błyskawicznie o sprawie dowiaduje się Robert Rakus, który według informacji z rady gminy, tego samego dnia dostarcza korektę faktury na rzecz gminy Poczesna, mimo iż poprzedni dokument był opisy przez sołtysa Marcina Puchałę jako wykonany i poświadczony, że do usługi doszło. Faktura dostarczona do urzędu miała być "zerowa".
I tu kolejny problem radnego. Mówi o tym art. 24e ustawy o samorządzie gminnym:
1: "Radni nie mogą podejmować dodatkowych zajęć ani otrzymywać darowizn mogących podważyć zaufanie wyborców do wykonywania mandatu zgodnie z art. 23a ust. 1".
Co dzieje się dalej? Na stronie facebookowej sołtys Korwinowa znika tekst potwierdzający, że kurs zorganizowany przez firmę All Medical Robert Rakus był opłacony z pieniędzy publicznych. Kurs nagle stał się "nieodpłatny".
Ktoś tu bardzo mocno kręci...
Sprawą zajmuje się Wojewoda Śląski i powinna Rada Gminy Poczesna.
I tego właśnie broni wiceprzewodniczący Łukasz Szumera?
Cała jego wypowiedź w tej sprawie znajduje się poniżej.
PAWEŁ GĄSIORSKI
I odpowiedź wicewójta
Dorotko trzymaj się jak najdalej od tego katolika
Dorotko trzymamy kciuki. Nie możesz się poddać. Wiemy, że Ty jesteś dobra a on zły. Wiemy.
To ona jest wolna? Ma ktoś do niej numer, zawsze mnie kręciła…
Dorotko trzymaj się od tej katolickiej gangreny jak najdalej. Całą orkiestra z Dąbrowy Zielonej Cię wspiera. Bardzo dobrze wszyscy wspominamy nasze wspólne granie. Licze na to, że jeszcze zagramy nie jednego szlagiera.
To się w pale nie mieści!Wilki brawo biły czyli hulaj duszo piekła nie ma.Czerpac z koryta ja najwięcej
W cale nie dziwne, że go żona zdradzała.
Masz na nią namiar?
Katolik piękne słowa a diabeł za koszulą wstyd .
Łukasz na kogo patrzałeś na przeciwko siebie na sesji ?? Czemu cały czas się śmiałeś do tej osoby o co chodzi ??
To wg pana radnego Szumery nagroda dla radnego Rakusa za wolontariat? Zamiatanie sprawy pod dywan to specjalność poprzedniej ekipy. Przedstawiciele watahy mają ciekawa filozofię niby krytykują byłego już wójta ale w kwestii polityki i tuszowania oraz mataczenia czerpią od niego garściami.
A se patrzałem na ścianę, a co tam wieśniaku?
Podszyw zgłoszony na policję. Pozdrawiamy.
Byłem na imprezie z szanownym Panem radnym i jego małżonką. Oboje za kołnierz nie wylewają. Pani nauczycielka powinna przystopować z alkoholami, a Pan radny to już sami wiecie. Taka parka w gminie i w szkole z naszymi dziećmi…
Jako feministka uważam, że potrzebna jest lustracja kościoła w naszym regionie.
Najlepiej kryć swoich.
Czy jak alkoholik spowoduje wypadek ale jest w OSP to nie zgłaszać na policję ? No przecież to dobry człowiek idąc tokiem rozumowania Szumery katolika.
Nie bo to pewnie strażak
Ty a co Ty masz jakiś problem do strażaków?
Łukasz czemu podczas sesji się tak trząsłeś ?? Czy wszystko jest dobrze ?
Radny Szumera robi wszystko na pokaz.
Najpierw pokazowa rezygnacja z funkcji wiceprzewodniczącego – owacje.
Tydzień później okazuje się, że jednak nie rezygnuje i nadal pełni tę funkcję.
Teraz kolejne wystąpienie w obronie kolegi – znowu brawa.
Wygląda to jak działania pod publiczkę.
Jednocześnie wśród mieszkańców krążą poważne niepokoje dotyczące jego życia prywatnego, w tym sygnały o problemach alkoholowych czy przemocy domowej. Nie wiem, ile w tym prawdy, ale jeśli takie sprawy istnieją, to gmina powinna je traktować poważnie, a nie zamiatać pod dywan ani udawać, że nic nie widzi.
Oczekujemy rzetelnego wyjaśnienia i reakcji instytucji, jeśli jakiekolwiek procedury – jak Niebieska Karta – faktycznie były uruchamiane.
PS. Czy najnowszy film “Dobry Dom” mamy w naszej Gminie?
Ale to było dobre, ale to było dobre. Domniemam, że Pani wykształcona z dobrego domu…
Panie wójcie niech Pan zakupi alkomat tak na wszelki wypadek. Bo myślę że już pare razy by się przydało.
Czy ten alkoholik ma w ogóle świadomość tego co mówi? Czy jego głos w głosowaniach jest ważny jeżeli jest cały czas na cugu alkoholowym?
No trochę głos się trzęsie jakby rzeczywiście miał problemy. Ale to może przez stres?
Zbyszek przypomnij sobie jak go jeszcze niedawno popierałeś. Ziobrysto ty wstrętny…
Dorotka życzę Ci dużo siły i uciekaj od katolika
Mówisz o tej co zostawiła byłego bo był kaleką. Warci siebie…
Wystąpienie Łukasza Szumery podczas sesji Rady Gminy Poczesna było czymś więcej niż niefortunną wypowiedzią. Było publiczną próbą usprawiedliwienia naruszenia prawa przez radnego oraz atakiem na urzędnika za to, że wykonał swój ustawowy obowiązek. To nie jest spór o interpretację. To odwracanie porządku odpowiedzialności.
Szumera skrytykował wicewójta nie za błąd, lecz za to, że zgłosił sprawę do właściwych organów. Zasugerował, że zamiast stosować prawo należało „upomnieć” radnego i sprawę wyciszyć. Taka narracja oznacza jedno: prawo ma obowiązywać tylko wtedy, gdy nie dotyka naszych kolegów.
Najbardziej kompromitującym momentem tej sesji nie były jednak same słowa, lecz reakcja radnych z klubu radnego, który dopuścił się naruszenia prawa. To oni wstali i bili brawo na stojąco. Nie w obronie zasad. Nie w obronie transparentności. W obronie politycznego kolegi i partyjnej lojalności.
Owacje na stojąco w tej sytuacji były jawną demonstracją przyzwolenia na obchodzenie prawa. Były sygnałem wysłanym do mieszkańców: jeśli należysz do właściwego klubu, możesz liczyć na ochronę – nawet wtedy, gdy łamiesz przepisy. Tak właśnie rodzi się poczucie bezkarności i lokalne układy, które niszczą zaufanie do samorządu.
Wicewójt, który zgłasza możliwe naruszenie prawa, nie jest donosicielem ani nadgorliwcem. Jest funkcjonariuszem publicznym, który robi dokładnie to, czego wymaga od niego ustawa. Krytykowanie go za to, a następnie nagradzanie brawami tych, którzy takie zachowanie potępiają, to otwarta próba dyscyplinowania urzędników, by w przyszłości „nie wychylali się” z legalizmem.
Nie każde zagrożenie dla demokracji ma postać przestępstwa. Czasem wystarczy publiczny aplauz dla pogardy wobec prawa. To właśnie wydarzyło się na tej sesji.
Jako radny nie zgadzam się na takie standardy. Nie zgadzam się na relatywizowanie prawa, na klubową solidarność ważniejszą niż uczciwość i na brawa dla postawy: „swoich nie ruszamy”. Mandat radnego nie jest tarczą ochronną przed konsekwencjami przepisów. Jest zobowiązaniem do ich przestrzegania.
Mieszkańcy mają prawo oczekiwać, że rada gminy będzie stała po stronie prawa, a nie biła brawo tym, którzy próbują je omijać. Ta sytuacja wymaga jednoznacznej oceny – politycznej, moralnej i publicznej. Milczenie w takiej chwili oznacza współodpowiedzialność.
Kolego w 100% podzielam Twoje zdanie. Trudno się nie zgodzić z tym podejściem. Wielkie wyrazy szacunku. Tak jak mój i Twój ojciec zawsze mieli zrównoważone poglądy tak trzeba się także Ty dzisiaj kierować. Ludzie zapominają o pochodzeniu, a przecież to jest tak ważne. Także pozwól mi, że wtrącę swoje 3 grosze:
Litwo! Ojczyzno moja! ty jesteś jak zdrowie.
Ile cię trzeba cenić, ten tylko się dowie,
Kto cię stracił. Dziś piękność twą w całej ozdobie
Widzę i opisuję, bo tęsknię po tobie.
Panno Święta, co Jasnej bronisz Częstochowy
I w Ostrej świecisz Bramie! Ty, co gród zamkowy
Nowogródzki ochraniasz z jego wiernym ludem!
Jak mnie dziecko do zdrowia powróciłaś cudem
(Gdy od płaczącej matki pod Twoję opiekę
Ofiarowany, martwą podniosłem powiekę
I zaraz mogłem pieszo do Twych świątyń progu
Iść za wrócone życie podziękować Bogu),
Tak nas powrócisz cudem na Ojczyzny łono.
Tymczasem przenoś moję duszę utęsknioną
Do tych pagórków leśnych, do tych łąk zielonych,
Szeroko nad błękitnym Niemnem rozciągnionych;
Do tych pól malowanych zbożem rozmaitem,
Wyzłacanych pszenicą, posrebrzanych żytem;
Gdzie bursztynowy świerzop, gryka jak śnieg biała,
Gdzie panieńskim rumieńcem dzięcielina pała,
A wszystko przepasane, jakby wstęgą, miedzą
Zieloną, na niej z rzadka ciche grusze siedzą.
Wspomnijmy także znane słowa Zbigniewa Religii:
Pogotowie przywoziło pacjenta, który umierał, ale chirurdzy – dzięki szybkim decyzjom i niesamowitym umiejętnościom – dawali mu szansę na dalsze życie. To było naprawdę oszałamiające. Wtedy zakochałem się w chirurgii.
Dlatego poczesniacy kierunek oszołom po pączki, a później homonto na łeb i wiosenna orka przed wami. Ja jako namiestnik króla Augusta III ostrzegam was. Pilnujcie się i swoich i spraw inaczej spodka was sąd królewski.
Do robotyyyyyy samo pole się nie obrobi a ja muszę mieć z was jakiś pożytek, a nie tylko żrecie te paczki z oszołoma. Na pole i do roboty! Raus!
Bardzo mocno na mnie działa to co piszesz, chciałbyś się bliżej poznać?
No faktycznie, brakuje już tylko oficjalnej obrony sołtysa. Tego sołtysa, męża radnej. Tej radnej, która co roku wzrusza wszystkich odbierając kolejną nagrodę za wolontariat, a przy okazji prowadzi stowarzyszenie, na które regularnie spływają pieniądze. Wolontariat level master, pieniądze same się biorą.
Sołtys natomiast wykazał się nowoczesnym podejściem do historii — edycja wpisów na Facebooku w sprawie szkolenia to przecież nic złego. W końcu jak się coś usunie albo poprawi, to znaczy, że nigdy tego nie było. Internet zapomina, mieszkańcy też powinni.
A szkolenie? No jasne, że było tanie, uczciwe i bez żadnych ofert. Po co robić oferty, skoro można zaufać rodzinie i dobrym intencjom? Zawyżone koszty? Ależ skąd — to zapewne cena za jakość, transparentność i wyjątkowe poczucie humoru przy rozliczeniach.
W tej gminie wszystko się zgadza. Wolontariat, nagrody, stowarzyszenia, szkolenia i edytowane wpisy. Idealna symbioza. A jak ktoś pyta — to pewnie się czepia.
Święta to czas szczególny, czas refleksji. Może nasz włodarz go wykorzysta i zastanowi się nad swoim postępowaniem, bo to, co pokozoł, uciekając od pytań mi, nie przystoi z piastowanym urzędem. „Kończ waść , wstydu oszczędź”
Justyno W. zamilcz i siedz na tym chorobowym pod pierzyną
Wcześniej lub później refleksja nadejdzie. Wrócicie z podkulonym ogonem. Taczki w ruch.
Halyna, nie strasz, nie strasz, bo sie…
Jurek bo ci żyłka pęknie. Wicek dużo masz jeszcze energii ? Zaczynamy show.
Jako osoba zaangażowana w sprawy lokalne i funkcjonowanie samorządu nie mogę przejść obojętnie obok tego, co wydarzyło się podczas sesji rady. Z pełnym przekonaniem chcę podkreślić, że postawa wicewójta w tej sprawie zasługuje na jednoznaczne uznanie. Zadziałał dokładnie tak, jak powinien działać każdy odpowiedzialny urzędnik – zgodnie z prawem, bez oglądania się na naciski, układy i polityczne sympatie.
Wicewójt nie prowadził żadnej osobistej ani politycznej krucjaty. Wypełnił swój ustawowy obowiązek, informując właściwe organy o możliwym naruszeniu prawa przez radnego. W samorządzie to właśnie takie postawy powinny być normą, a nie wyjątkiem. Tymczasem stały się pretekstem do publicznego ataku.
Szczególnie niepokojący jest fakt, że wiceprzewodniczący rady publicznie zarzucił wicewójtowi, iż to on miał poinformować pracodawcę radnego Rakusa o całej sprawie, a inni radni z jego klubu przytakiwali tym sugestiom. Jeżeli na te zarzuty nie istnieją żadne dowody, mamy do czynienia z jawnym i nieodpowiedzialnym pomówieniem, które godzi w dobre imię urzędnika publicznego.Co istotne, nagrania z sesji rady są zachowane i stanowią obiektywny dowód tego, jakie słowa padły, kto je wypowiedział i w jakim kontekście. Tego nie da się dziś zamieść pod dywan ani „zinterpretować” po swojemu. Fakty są utrwalone i możliwe do zweryfikowania.
W tym miejscu należy jasno przypomnieć, że zgodnie z art. 212 § 1 Kodeksu karnego, pomówienie innej osoby o takie postępowanie, które może ją poniżyć w opinii publicznej lub narazić na utratę zaufania potrzebnego do pełnienia funkcji publicznej, stanowi przestępstwo. Funkcja wiceprzewodniczącego rady nie daje żadnego przywileju do formułowania insynuacji bez pokrycia w faktach.
Na tym tle postawa przewodniczącej rady jest – z punktu widzenia osoby znającej realia samorządowe – rażąco nieprofesjonalna. Brak reakcji na publiczne oskarżenia, brak przywrócenia porządku obrad i jednoczesna opieszałość w podejmowaniu działań wymaganych przepisami, w tym w sprawie wygaszenia mandatu radnego z własnego klubu, świadczą albo o nieznajomości prawa, albo o świadomym jego ignorowaniu.
W obu przypadkach sytuacja ta uzasadnia powiadomienie wojewody jako organu nadzorczego. Nadzór państwowy nad samorządem istnieje właśnie po to, by reagować wtedy, gdy organy gminy nie wywiązują się ze swoich obowiązków lub gdy dochodzi do tolerowania zachowań sprzecznych z prawem i standardami życia publicznego.
Jako osoba aktywnie interesująca się funkcjonowaniem samorządu lokalnego mówię jasno: nie może być tak, że urzędnik działający zgodnie z prawem jest publicznie pomawiany, a osoby odpowiedzialne za legalność i porządek prac rady nie reagują. Jeżeli wiceprzewodniczący nie jest w stanie udowodnić swoich słów, powinien ponieść odpowiedzialność prawną, a nie korzystać z politycznej ochrony.Liczę na to, że wicewójt podejmie stosowne kroki prawne w celu obrony swojego dobrego imienia, bo w tej sprawie nie chodzi już tylko o osobisty atak, ale o precedens: przyzwolenie na publiczne pomawianie urzędników, którzy działają zgodnie z prawem. Mam też nadzieję, że znajdą się w radzie osoby uczciwe i odważne, które nie będą milczeć i które pomogą doprowadzić do rzetelnego wyjaśnienia sprawy.Samorząd to nie prywatny klub interesów. To instytucja publiczna, która ma działać na podstawie prawa i w granicach prawa. Każdy, kto o tym zapomina, powinien liczyć się z konsekwencjami – zarówno politycznymi, jak i prawnymi.
Problem staje się szczególnie poważny w momencie, gdy w rolę moralnego arbitra i obrońcy „standardów” wchodzi osoba, wokół której toczy się postępowanie karne związane z przemocą domową, wobec której uruchomiono procedurę Niebieskiej Karty – instrument państwa stosowany nie symbolicznie, lecz wyłącznie wtedy, gdy istnieją realne przesłanki zagrożenia dla ofiar. Z dostępnych publicznie informacji wynika ponadto, że zdarzenia te miały mieć miejsce w obecności dziecka, co nadaje całej sprawie szczególny ciężar społeczny i moralny, a także że zostały udokumentowane i przekazane właściwym organom ścigania.
Nie są to plotki ani „polityczne insynuacje”, lecz elementy formalnej procedury państwowej, uruchamianej w sytuacjach poważnych, wymagających reakcji instytucji publicznych. Fakt, że sprawa pozostaje w toku, a jej finał rozstrzygnie wyłącznie niezależny sąd, jest oczywisty i niepodważalny – nikt rozsądny nie feruje dziś wyroków. Ale właśnie dlatego osoba obciążona takimi zarzutami powinna wykazywać szczególną wstrzemięźliwość, pokorę i świadomość ciężaru pełnionej funkcji, a nie występować w roli recenzenta cudzych działań i strażnika moralności.
Bo w oczach opinii publicznej rodzi się pytanie fundamentalne: czy ktoś, kto sam znajduje się pod poważnym znakiem zapytania w sferze odpowiedzialności osobistej i etycznej, ma moralne prawo publicznie podważać legalne działania innych i pouczać ich w imię rzekomych zasad? Taka postawa nie tylko podkopuje autorytet urzędu, ale też uderza w ofiary przemocy, wysyłając niebezpieczny sygnał, że pozycja społeczna i funkcja publiczna mogą zagłuszyć wagę najpoważniejszych zarzutów.
W demokracji lokalnej standardy powinny być wyższe, nie niższe. A im wyższe stanowisko, tym większa odpowiedzialność za słowa, gesty i publiczne role, jakie się przyjmuje. W przeciwnym razie moralność przestaje być wartością, a staje się narzędziem wybiórczo używanym do atakowania jednych i chronienia drugich.
Znam sytuację od środka. Cały czas wspierałam Dorotkę. Dlaczego teraz wobec niej pojawia się taki hejt. Jeśli go zdradzała to przecież nie bez powodu…
Problem staje się szczególnie poważny w momencie, gdy w rolę moralnego arbitra i obrońcy „standardów” wchodzi osoba, wokół której toczy się postępowanie karne związane z przemocą domową, wobec której uruchomiono procedurę Niebieskiej Karty – instrument państwa stosowany nie symbolicznie, lecz wyłącznie wtedy, gdy istnieją realne przesłanki zagrożenia dla ofiar. Z dostępnych publicznie informacji wynika ponadto, że zdarzenia te miały mieć miejsce w obecności dziecka, co nadaje całej sprawie szczególny ciężar społeczny i moralny, a także że zostały udokumentowane i przekazane właściwym organom ścigania.
Nie są to plotki ani „polityczne insynuacje”, lecz elementy formalnej procedury państwowej, uruchamianej w sytuacjach poważnych, wymagających reakcji instytucji publicznych. Fakt, że sprawa pozostaje w toku, a jej finał rozstrzygnie wyłącznie niezależny sąd, jest oczywisty i niepodważalny – nikt rozsądny nie feruje dziś wyroków. Ale właśnie dlatego osoba obciążona takimi zarzutami powinna wykazywać szczególną wstrzemięźliwość, pokorę i świadomość ciężaru pełnionej funkcji, a nie występować w roli recenzenta cudzych działań i strażnika moralności.
Bo w oczach opinii publicznej rodzi się pytanie fundamentalne: czy ktoś, kto sam znajduje się pod poważnym znakiem zapytania w sferze odpowiedzialności osobistej i etycznej, ma moralne prawo publicznie podważać legalne działania innych i pouczać ich w imię rzekomych zasad? Taka postawa nie tylko podkopuje autorytet urzędu, ale też uderza w ofiary przemocy, wysyłając niebezpieczny sygnał, że pozycja społeczna i funkcja publiczna mogą zagłuszyć wagę najpoważniejszych zarzutów.
W demokracji lokalnej standardy powinny być wyższe, nie niższe. A im wyższe stanowisko, tym większa odpowiedzialność za słowa, gesty i publiczne role, jakie się przyjmuje. W przeciwnym razie moralność przestaje być wartością, a staje się narzędziem wybiórczo używanym do atakowania jednych i chronienia drugich..
Może kiedyś powstanie artykuł o pukaniu do nie swoich drzwi przez wicka. Coś tam wspominał na sesji o trudnych chwilach. Nadeszła refleksja ?
Coraz trudniej oprzeć się wrażeniu, że w tej sprawie nie chodzi już o przepisy, procedury ani interes publiczny, lecz wyłącznie o ochronę „swoich”. Przewodnicząca rady, zamiast stać na straży prawa i porządku proceduralnego, sprawia wrażenie osoby nieprzygotowanej merytorycznie, biernej wtedy, gdy wymagane jest działanie, a nadaktywnej tam, gdzie nie ma to żadnego znaczenia dla sprawy.
Od dnia, w którym została oficjalnie poinformowana o zaistniałej sytuacji, miała pełne instrumenty prawne, aby niezwłocznie zwołać sesję rady i zamknąć procedurę w sposób zgodny z przepisami. To właśnie na tym polega rola przewodniczącej: reagować, organizować pracę rady, zapewniać legalność działań. Tymczasem sesja nie została zwołana ani „wczoraj”, ani w kolejnych dniach. Sprawa została pozostawiona samej sobie, jakby czas i obowiązki ustawowe nie miały żadnego znaczenia.
Dlaczego od momentu uzyskania wiedzy o sprawie przewodnicząca nie wykonała swojego podstawowego obowiązku?Dlaczego procedura nie została domknięta, skoro było to możliwe i konieczne?
Zamiast odpowiedzi na te pytania, jedyną reakcją przewodniczącej było… dociekanie, dlaczego artykuł o sprawie ukazał się w mediach wcześniej, niż ona została formalnie poinformowana. Pytanie to jest nie tylko kompletnie oderwane od istoty problemu, ale wręcz kompromitujące. Kolejność publikacji medialnej nie ma żadnego wpływu na legalność procedury, odpowiedzialność rady ani obowiązki przewodniczącej. To temat zastępczy, który wygląda jak próba odwrócenia uwagi od własnej bezczynności.
Prawo nie działa wtedy, gdy jest wygodne.
Procedur nie stosuje się wybiórczo.
A funkcja przewodniczącej rady to nie rola rzecznika „swoich”, lecz gwaranta prawidłowego działania organu kolegialnego.
Brak znajomości przepisów nie jest usprawiedliwieniem — jest problemem. Brak reakcji w sytuacji wymagającej natychmiastowego działania nie jest „ostrożnością” — jest zaniedbaniem. A skupianie się na tym, kto i kiedy opublikował artykuł, zamiast na tym, dlaczego nie zwołano sesji i nie zamknięto procedury, podważa zaufanie do całej rady.
Mieszkańcy mają prawo zadać jedno zasadnicze pytanie:
czy przewodnicząca działa w interesie prawa i wspólnoty, czy wyłącznie w interesie „swoich”?
Bo jeśli lojalność personalna zaczyna zastępować przepisy, a unikanie decyzji staje się normą, to przestaje być samorządem — a zaczyna być układem, w którym odpowiedzialność znika dokładnie wtedy, gdy jest najbardziej potrzebna.
To, co wydarzyło się w ostatnich tygodniach w lokalnym samorządzie, jest kompromitacją idei wspólnoty samorządowej. Pokazano czarno na białym, że władza lokalna nie stoi po stronie prawa ani mieszkańców – stoi po stronie swoich ludzi. Reszta się nie liczy.
Gdy radny dopuścił się czynu, który wprost narusza ustawę o samorządzie gminnym – zamiast jednoznacznej reakcji uruchomiono mechanizm obronny. Zamiast słów: prawo zostało złamane, konsekwencje są oczywiste, padły teksty o „dobrym człowieku”, „przesadzie” i „upomnieniu”. Czyli dokładnie to, co zawsze słyszą mieszkańcy, gdy ktoś „z układu” przekroczy granicę.
Wicewójt, który zrobił to, do czego zobowiązuje go prawo, został zaatakowany. Nie sprawca – lecz ten, który nie zgodził się na zamiatanie sprawy pod dywan. To klasyczny przykład odwracania winy: nie problemem jest złamanie prawa, problemem jest to, że ktoś miał odwagę je ujawnić.
I w tym samym czasie wydarza się coś jeszcze bardziej haniebnego.
Na sesji Rady Miasta Częstochowy publicznie oczerniono mieszkańców gminy Poczesna. Bez dowodów. Bez faktów. Bez odpowiedzialności. 12 tysięcy mieszkańców wrzucono do jednego worka, stawiając ich w złym świetle. I co? I nic.
Ci sami, którzy z taką gorliwością bronili radnego łamiącego prawo, nagle stracili głos. Nie było oburzenia. Nie było żądania przeprosin. Nie było apeli o godność i szacunek. Mieszkańców można obrażać bezkarnie. Radnych – nie wolno tknąć.
To nie jest przypadek. To jest system.
Na tym tle jedyną osobą, która zachowała się przyzwoicie, był radny Michał Kałka. Nie kalkulował politycznie. Nie pytał, „czy się opłaca”. Zrobił to, co powinien zrobić każdy samorządowiec – stanął w obronie mieszkańców i zgłosił sprawę tam, gdzie powinna trafić od razu: do prokuratury.
I właśnie dlatego ta postawa jest niewygodna. Bo burzy wygodną narrację, że „wszyscy tak robią”. Nie – nie wszyscy. Da się działać uczciwie. Da się nie chronić swoich kosztem mieszkańców.
Ten przypadek pokazuje brutalną prawdę:
prawo jest twarde dla mieszkańców,
elastyczne dla radnych,
a odpowiedzialność kończy się tam, gdzie zaczynają się układy.
Samorządowiec nie jest od bronienia kolegów. Jest od bronienia mieszkańców. Mandat nie daje prawa do łamania przepisów ani do milczenia, gdy krzywdzona jest lokalna społeczność.
Mieszkańcy powinni zapamiętać jedno:
nie słuchajcie deklaracji, nie wierzcie w slogany o „dobru wspólnym”. Patrzcie na czyny. Na to, kogo bronią, gdy łamane jest prawo, i kogo zostawiają samych, gdy są publicznie oczerniani.
Bo tam, gdzie władza broni siebie, a nie mieszkańców – to nie jest już samorząd. To jest układ.
Władze zareagowały poprawnie, nie robiąc tego naraziły by się na art.233 kk.. Wataha nie ma pojęcia co oznaczają działania Charytatywne. Widząc zdjęcia na fb od Puchały ze statuetką za Wolontariat moje ciśnienie sięgnęło zenitu.
Co do Rakusa ciekawi mnie jedno a mianowicie przez ile lat był płatny WOLONTARIAT .
Drodzy Mieszkańcy,
ta sprawa przestała być tylko „dyskusją w internecie”. Mówimy o publicznych pieniądzach, o zaufaniu do osób pełniących funkcje publiczne i o sytuacji, w której informacje kierowane do mieszkańców są zmieniane po fakcie.
Niepokoi mnie, że sołtys Korwinowa – Marcin Puchała, mąż radnej Justyny Krawiec-Puchały, edytował lub usuwał wpisy na Facebooku dotyczące wydatkowania środków z funduszu sołeckiego. Wpisy te – według dostępnych relacji – zmieniały sposób przedstawienia faktów dotyczących finansowania działań z pieniędzy publicznych. Niezależnie od intencji, takie działania wymagają pełnego i natychmiastowego wyjaśnienia.
Musimy powiedzieć to jasno: fundusz sołecki to nie prywatne środki. To pieniądze mieszkańców. A mieszkańcy mają prawo do prawdziwej, spójnej i niezmienianej po czasie informacji.
Jeżeli doszło do świadomego wprowadzania mieszkańców w błąd co do wydatkowania środków publicznych, nie jest to błaha sprawa. W zależności od ustaleń i dowodów, w grę mogą wchodzić konkretne przepisy prawa, a sprawa może – i powinna – zostać zgłoszona do odpowiednich instytucji.
W szczególności należy wskazać, że:
art. 212 § 1 Kodeksu karnego (pomówienie) może mieć zastosowanie, jeżeli publikowane lub zmieniane treści przerzucały odpowiedzialność na inne osoby albo przedstawiały nieprawdziwy obraz działań, narażając kogoś na utratę zaufania publicznego (Facebook jest środkiem masowego komunikowania);
art. 286 § 1 Kodeksu karnego (oszustwo) może być rozważany, jeśli wprowadzanie w błąd było umyślne, miało konkretny cel i mogło wywołać szkodę (np. akceptację nieprawidłowego wydatku);
niezależnie od odpowiedzialności karnej, organy nadzorcze (wojewoda, Regionalna Izba Obrachunkowa) mają pełne podstawy do zbadania rzetelności realizacji funduszu sołeckiego oraz sposobu informowania mieszkańców.
Podkreślam: nie ferujemy wyroków. Ale nie wolno udawać, że nic się nie stało. Gdy osoby pełniące funkcje publiczne zmieniają przekaz dotyczący pieniędzy publicznych, naturalną i właściwą reakcją jest kontrola i wyjaśnienie sprawy. Jeśli zajdzie taka potrzeba – również przez organy ścigania.
W tej sytuacji zabezpieczenie dowodów (zrzuty ekranu, historia edycji wpisów, dokumenty funduszu sołeckiego) jest kluczowe. Internet nie zapomina, a prawda nie powinna zależeć od tego, która wersja wpisu akurat widnieje na profilu.
Jako społeczność mamy prawo domagać się:
pełnej przejrzystości,
jasnych odpowiedzi,
i reakcji instytucji, które stoją na straży prawa.
Samorząd to nie prywatny folwark ani profil w mediach społecznościowych. To odpowiedzialność za publiczne pieniądze i publiczne słowo. I tej odpowiedzialności – bez względu na nazwiska i powiązania – będziemy się domagać.
Gdy na sesji pada imię Jezusa, a chwilę później słychać oklaski dla relatywizowania prawa, trudno nie czuć gniewu. Nie da się mówić o Jezusie i jednocześnie usprawiedliwiać nieprawdę, zamiatanie spraw pod dywan i ataki na tych, którzy działają zgodnie z przepisami. To nie są wartości – to ich karykatura. Zakłamanie części radnych bije po oczach: wielkie słowa, zero pokory, brak odpowiedzialności. Jezus nie jest rekwizytem do politycznych występów, a moralność nie działa wybiórczo. Albo prawo i prawda obowiązują wszystkich, albo przestańcie je przywoływać tylko wtedy, gdy pasuje to do narracji.
Aleś Ty mądryyyyy… Poprośmy proboszcza o komentarz…..
Skoro tak często słyszymy słowo „wolontariat”, to może wreszcie zobaczmy, jak on wygląda od kuchni, a nie tylko w deklaracjach i hasłach.
Wielu mieszkańców naprawdę chciałoby się zaangażować, pomóc, dołączyć do działań społecznych. Tylko pojawia się podstawowy problem: nikt nie wie jak, bo wszystko odbywa się w wąskim gronie, bez jasnych zasad, bez przejrzystych informacji i bez dokumentów dostępnych dla tych, którzy chcieliby coś zrobić wspólnie.
Dlatego pytania, które padają, są całkowicie naturalne – choć z jakiegoś powodu traktowane jak atak:
jak rozliczane są dobrowolne zbiórki od mieszkańców na imprezy i wydarzenia?
czy na zakupy produktów i usług brane są faktury lub paragony?
czy wolontariat jest faktycznie wolontariatem, czyli pracą społeczną bez wynagrodzenia, czy jednak pojawiają się umowy, zwroty kosztów, diety albo inne korzyści?
jak wyglądają finanse stowarzyszenia Słowikor za wszystkie lata działalności?
To nie są pytania złośliwe. To są pytania, które powinny być zadane z automatu, gdy ktoś publicznie buduje swój wizerunek na działalności społecznej.
Skoro wszystko jest uczciwe, transparentne i bezinteresowne – najprostszym rozwiązaniem byłoby opublikowanie pełnych sprawozdań finansowych. Dokumenty, liczby, zestawienia. Bez emocji. Bez narracji. Same fakty.
A skoro mówimy o pełnej otwartości, to może warto zrobić krok dalej:
zaprosić firmy i sklepy, które wystawiały faktury,
zaprosić beneficjentów i osoby zaangażowane,
i publicznie, spokojnie pokazać mieszkańcom, jak ten wolontariat działa w praktyce.
Bo prawdziwy wolontariat:
nie boi się pytań,
nie obraża się na wątpliwości,
nie potrzebuje mgły zamiast dokumentów.
Jeśli ktoś naprawdę chce, żeby inni się angażowali, musi najpierw otworzyć drzwi, a nie tylko opowiadać, że za nimi jest coś pięknego.
Wolontariat to nie legenda ani wizerunek.
To przejrzystość, współodpowiedzialność i zaufanie – a tego nie buduje się sloganami, tylko faktami.
W lokalnym samorządzie istnieje szczególny talent – talent do zagospodarowywania. Zwłaszcza wtedy, gdy w grę wchodzi fundusz sołecki. Bo tu zawsze znajdzie się ktoś, kto wie lepiej, szybciej i po swojemu.
Scenariusz bywa znajomy:
radny z sołtysem pochylają się nad wspólną kasą,
wszyscy słyszą, że to „dla dobra mieszkańców”,
a potem mieszkańcy dowiadują się… post factum, że kasa została już „mądrze rozdysponowana”.
Jak dokładnie? To już kwestia interpretacji.
Najpierw coś jest opłacone.
Potem okazuje się nieodpłatne.
Najpierw pieniądze „poszły na cel”.
Potem „wróciły”, ale nie do końca wiadomo jak i kiedy.
A na końcu słyszymy, że w sumie to nie ma o czym rozmawiać.
Cwaniactwo w tym wydaniu nie polega na łamaniu prawa wprost.
Polega na żonglowaniu narracją.
Na takim „zagospodarowaniu” pieniędzy, żeby:
nikt nie wiedział za dużo,
wszyscy mieli się domyślać,
a pytający byli uznani za problem.
Najlepsze jest to poczucie pewności:
„Przecież my wiemy, co robimy”.
Tylko że fundusz sołecki to nie prywatny budżet radnego i sołtysa do wspólnego zarządzania przy kawie. To pieniądze mieszkańców, nawet jeśli czasem traktuje się je jak nagrodę za spryt i zaradność.
I wtedy wychodzi chciwość w wersji lokalnej – nie zawsze liczona w złotówkach, ale w kontroli, wpływach i przekonaniu, że nikt nie zapyta. A jeśli zapyta, to zawsze można się oburzyć, że „atak”, że „hejt”, że „zła wola”.
Ironia polega na tym, że im bardziej ktoś tłumaczy, że wszystko było w porządku, tym bardziej widać, że porządek kończy się tam, gdzie zaczynają się pytania.
Fundusz sołecki miał służyć wspólnocie.
Nie duetom.
Nie układom.
Nie cwaniactwu ubranym w słowa „dla dobra wsi”.
A mieszkańcy? Coraz częściej patrzą, liczą i pamiętają.
I już nie kupują bajek o tym, jak to radny z sołtysem kasę „ładnie zagospodarowali”.
I warto, żeby to wybrzmiało jasno: są ludzie, którzy nie mają zamiaru przeczekiwać takich zachowań, licząc na to, że temat sam ucichnie. Są osoby, które z poczucia obowiązku wobec wspólnoty nie poprzestaną na komentarzach i ironii, ale zawiadomią odpowiednie organy i służby, dokładnie tak, jak przewiduje prawo.
Nie po to, by się mścić.
Nie po to, by robić sensację.
Ale po to, by nazwać rzeczy po imieniu, wyciągnąć konsekwencje i postawić granice.
Bo jeśli raz pokaże się, że takie „zagospodarowywanie”, takie kręcenie narracją i takie cwaniactwo pozostają bez reakcji, to staje się to zachętą dla następnych. A jeśli spotyka się z kontrolą, oceną i karą – działa odstraszająco. I dokładnie o to tu chodzi.
Wspólne pieniądze wymagają wspólnej czujności.
A samorząd bez odpowiedzialności prędzej czy później zamienia się w prywatny folwark.
Dlatego nie wszyscy będą czekać, aż sprawa się „rozmyje”.
Nie wszyscy dadzą się zmęczyć.
I nie wszyscy uznają, że ironia to koniec reakcji.
Bo są tacy, którzy uważają, że prawo, kontrola i konsekwencje to nie złośliwość – to obowiązek. I że tylko w ten sposób można sprawić, by podobne historie nie powtarzały się w przyszłości.
Przede wszystkim mój drogi kontrola przepływu pieniędzy przez kościół katolicki. Pozdrawiam
W tej sprawie nie ma już miejsca na milczenie ani udawanie, że „to tylko polityczna wymiana zdań”. Przewodnicząca rady jest zobowiązana do działania – i to nie według własnego uznania, lecz z mocy prawa.
Podczas sesji wiceprzewodniczący Szumera publicznie zarzucił wicewójtowi Robertowi Kępie, że ten miał informować przełożonych radnego Rakusa o sprawie. Zarzut był akcentowany mocno, wspierany przez innych radnych z tego samego klubu, bez przedstawienia jakichkolwiek dowodów. Padł publicznie, przy kamerach, na oficjalnym posiedzeniu organu gminy. Nagrania są zachowane.
I właśnie w tym momencie przewodnicząca powinna była zareagować natychmiast. Nie zrobiła tego. Nie przerwała. Nie zażądała dowodów. Nie wezwała do cofnięcia słów. Pozwoliła, by oskarżenie wybrzmiało i zawisło w przestrzeni publicznej.
To nie jest drobne uchybienie.
To naruszenie podstawowych standardów.
Bo jeśli zarzut jest prawdziwy, to mówimy o poważnym nadużyciu, które wymaga niezwłocznego zawiadomienia prokuratury.
A jeśli zarzut nie jest prawdziwy – a nie przedstawiono żadnych dowodów – to mamy do czynienia z pomówieniem urzędnika publicznego, wygłoszonym publicznie i w ramach pełnienia funkcji.
W obu wariantach przewodnicząca nie ma prawa milczeć.
Przypomnijmy jej więc obowiązki, skoro sama o nich zapomniała:
👉 Art. 304 § 2 Kodeksu postępowania karnego – instytucje publiczne, które dowiedziały się o podejrzeniu popełnienia przestępstwa, mają obowiązek niezwłocznie zawiadomić prokuratora lub Policję.
To nie jest dobra wola. To jest obowiązek ustawowy.
👉 Jeśli oskarżenia były bezpodstawne, to art. 212 § 1 Kodeksu karnego (pomówienie) ma oczywiste zastosowanie – zwłaszcza że padły publicznie i mogły narazić wicewójta na utratę zaufania potrzebnego do pełnienia funkcji.
Pytanie do przewodniczącej brzmi więc już nie „dlaczego pani nie zareagowała?”, ale:
który wariant pani przyjmuje i jakie kroki pani podejmie?
Bo nie istnieje trzecia opcja: „przemilczeć, bo to nasi”.
Tym bardziej że mówimy o osobach z jednego klubu:
– wiceprzewodniczący Szumera,
– radny Rakus,
– radna Puchała – żona sołtysa.
A przewodnicząca nie jest od ochrony klubu. Jest od ochrony praworządności.
Dlatego dziś należy wymagać od niej stanowczych działań, a nie kolejnych dni ciszy:
albo zawiadomienia prokuratury o możliwym przestępstwie, jeśli uznaje zarzuty za wiarygodne,
albo publicznego potępienia i uruchomienia odpowiednich procedur, jeśli były to oskarżenia bez dowodów.
Milczenie w tej sytuacji nie jest neutralne.
Milczenie to przyzwolenie.
A przyzwolenie przewodniczącej na bezpodstawne oskarżenia kompromituje całą radę.
Ironia polega na tym, że paragrafy są gotowe, nagrania są dostępne, a obowiązek jest oczywisty.
Brakuje tylko jednego: odwagi, by stanąć po stronie prawa – nawet wtedy, gdy dotyczy to „swoich
Sam fakt publicznego odczytania takiego „wsparcia” stanowi rażące naruszenie podstawowych zasad moralnych. Tzw. opozycja stawia się w roli wszechwiedzącej i nietykalnej, jakby stała ponad wszelką odpowiedzialnością.
W tej sytuacji jedynym uczciwym rozwiązaniem jest referendum. Trudno pogodzić się z faktem, że obdarzyliśmy zaufaniem osoby, które dopuszczają się manipulacji, nadużyć, a następnie próbują przerzucać odpowiedzialność na tych, którzy zachowują się uczciwie i moralnie.
Ostatnia sesja – na szczęście – została w całości nagrana. Uważam, że sprawa powinna zostać zgłoszona do prokuratury i deklaruję, że osobiście dopilnuję, aby tak się stało.
Radny z sołtysem – duet marzenie,
Jeden ma gadkę, drugi liczenie.
Fundusz wspólny? Ach, cóż za cud!
„Dla dobra ludzi” – mruga lud.
Tu imprezka, tam kiełbaska,
Tu fakturka, tam poprawka.
Raz zapłacone, raz „za darmo”,
Bo pamięć ludu bywa marna.
Gdy ktoś zapytał: „hej, a kasa?”,
Zrobili minę: „to prowokacja!”.
„Nie siej fermentu, nie bądź zły,
My tu działamy – ty się myj”.
Narracja płynna jak pogoda:
Dziś wersja A, jutro – nowa.
Facebook przyjmie każdą bajkę,
A kto pamięta – ten ma jajkę.
Lecz przyszedł Robert. Bez fanfar.
Nie krzyczał „łapać!”, nie robił czar.
Wyjął paragraf, spojrzał w papier:
„Panowie… tu się coś nie klei”.
I nagle duet stracił rytm,
Radny spocił się, sołtys znikł.
Bo spryt działa do pierwszych drzwi,
A prawo nie lubi gry „na mi”.
Morał? Prosty, choć nie miły:
Cwaniactwo lubi tłum i chwile.
Lecz gdy Robert światło zgasi,
Plan misterny… w proch się krasi.
Coraz trudniej udawać, że „nic się nie stało”. Bo jeśli w samorządzie przewodnicząca Elżbieta Tomala-Wróbel, osoba stojąca na straży prawa i porządku obrad, dowiaduje się o możliwym naruszeniu prawa, a zamiast poinformować całą radę i uruchomić procedury wybiera ciszę, telefony do zainteresowanych i brak reakcji, to nie jest drobne uchybienie. To jest poważny problem.
Mieszkańcy mają prawo zapytać:
dlaczego przewodnicząca Elżbieta Tomala-Wróbel nie poinformowała od razu całej rady?
dlaczego uprzedzeni zostali konkretni zainteresowani?
dlaczego zaraz potem pojawiły się pośpieszne korekty dokumentów i zmiany wpisów w internecie?
W samorządzie nie ma koleżeńskich wyjątków. Gdy pojawia się podejrzenie naruszenia prawa, obowiązkiem jest jawność i reakcja, a nie uprzedzanie tych, których sprawa dotyczy. Inaczej wygląda to jak ochrona swoich, a nie ochrona interesu publicznego. A za to właśnie odpowiada przewodnicząca Elżbieta Tomala-Wróbel.
Jeszcze gorzej brzmi fakt, że na oficjalnej sesji padły publiczne oskarżenia wobec wicewójta, bez dowodów, przy kamerach i mikrofonach – a przewodnicząca Elżbieta Tomala-Wróbel nie zareagowała. Nie przerwała. Nie zażądała dowodów. Nie przywróciła standardów. Milczenie w takiej chwili nie jest neutralne. Milczenie to decyzja.
Prawo mówi jasno: instytucje publiczne mają obowiązek reagować na podejrzenie przestępstwa, a funkcjonariusze publiczni odpowiadają za niedopełnienie obowiązków, jeśli działają na szkodę interesu publicznego. To nie są opinie ani polityczne ataki. To są konkretne zasady, które obowiązują także przewodniczącą Elżbietę Tomalę-Wróbel.
Dlatego dziś nie chodzi o emocje jednej czy drugiej strony. Chodzi o odpowiedzialność.
Jeśli zarzuty były prawdziwe – przewodnicząca Elżbieta Tomala-Wróbel powinna była zawiadomić organy.
Jeśli były bezpodstawne – przewodnicząca Elżbieta Tomala-Wróbel powinna była je natychmiast uciąć.
Trzeciej drogi nie ma.
Mieszkańcy nie domagają się wyroków. Domagają się prawdy, przejrzystości i odwagi, by stanąć po stronie prawa – także wtedy, gdy sprawa dotyczy „swoich”. Bo samorząd, w którym przewodnicząca Elżbieta Tomala-Wróbel milczy wobec takich sytuacji, sam wystawia sobie ocenę. A zaufanie raz stracone bardzo trudno odbudować.
To, co wydarzyło się w Radzie Gminy Poczesna, jest podręcznikowym przykładem degeneracji debaty publicznej. Wiceprzewodniczący rady publicznie formułuje ciężkie oskarżenia bez jakichkolwiek dowodów, twierdząc, że zastępca wójta miał rzekomo powiadomić pracodawcę radnego Roberta Rakusa. Padają sugestie, padają oskarżenia, padają słowa, które mają zniszczyć reputację – nie padają natomiast fakty, dokumenty ani dowody.
Jeżeli wiceprzewodniczący wie, że takie działanie miało miejsce – powinien natychmiast przedstawić dowody.
Jeżeli nie wie – nie ma prawa publicznie rzucać podejrzeń.
Jeżeli zaś robi to świadomie, licząc na polityczny efekt i medialny szum – mamy do czynienia z cynicznym nadużyciem funkcji publicznej.
Jeszcze bardziej kompromitujące jest zachowanie radnych z tego samego klubu, którzy zamiast domagać się faktów, stanęli murem za narracją opartą na insynuacjach. To nie jest zwykła bierność – to współodpowiedzialność za publiczne podważanie dobrego imienia urzędnika, który – jak wynika z dostępnych informacji i nagrań – działał zgodnie z prawem i w granicach swoich obowiązków. Atakowanie urzędnika za legalne wykonywanie zadań nie jest kontrolą władzy. Jest próbą jej zastraszenia.
Tak wygląda samorząd, w którym lojalność klubowa jest ważniejsza niż prawda, a ochrona „swojego” radnego liczy się bardziej niż elementarne standardy państwa prawa. To samorząd, w którym insynuacja zastępuje dowód, a polityczny interes – odpowiedzialność za słowo.
Na tym tle szczególnie rażąca jest postawa radnej Justyny Krawiec-Puchały, która od tygodni publicznie domaga się sprawozdań finansowych OSP Nierada, stawiając się w roli strażniczki przejrzystości i jawności. Jednocześnie sprawozdania finansowe Stowarzyszenia Słowikor wciąż nie zostały publicznie udostępnione.
To już nie jest przeoczenie. To hipokryzja w czystej postaci.
Nie da się wiarygodnie żądać jawności od innych, jednocześnie jej nie zapewniając.
Nie da się mówić o standardach, stosując podwójne standardy.
Nie da się budować zaufania, chowając dokumenty, które powinny być publiczne.
Sprawa jest prosta i zero-jedynkowa: albo Pani Justyna Krawiec-Puchała niezwłocznie publikuje sprawozdania finansowe Stowarzyszenia Słowikor, albo jej apele o transparentność tracą jakąkolwiek wiarygodność. Transparentność nie jest pałką na przeciwników politycznych. Jest obowiązkiem wobec mieszkańców.
Mieszkańcy Gminy Poczesna widzą dziś coraz wyraźniej, że łatwiej tu rzucać oskarżenia niż pokazać dowody, łatwiej atakować urzędników niż rozliczyć własne środowisko, łatwiej krzyczeć o prawie niż je respektować. Samorząd, w którym insynuacje zastępują fakty, a jawność obowiązuje tylko wybranych, przestaje być wspólnotą. Zaczyna przypominać polityczny folwark.
Jeżeli ktoś boi się publikacji dokumentów – warto zapytać dlaczego.
Jeżeli ktoś publicznie oskarża bez dowodów – musi liczyć się z konsekwencjami.
A jeżeli ktoś uważa, że władza polega na bezkarności i ochronie „swoich” – to mieszkańcy wcześniej czy później wystawią rachunek.
Bo w demokracji lokalnej nie wygrywa ten, kto mówi najgłośniej, lecz ten, kto potrafi pokazać fakty.
Apel do radnej Krawiec Puchała i męża sołtysa.Skoro od tygodni tak konsekwentnie i głośno domaga się Pani transparentności od innych, warto wreszcie zapytać o transparentność we własnym otoczeniu. Pani Justyno, skoro jawność finansów jest – jak Pani podkreśla – fundamentem życia publicznego, to czy ta zasada obowiązuje również Stowarzyszenie Słowikor, czy tylko wybrane podmioty?
Dlatego apel jest prosty i oczywisty: proszę o niezwłoczne upublicznienie sprawozdań finansowych Stowarzyszenia Słowikor. W całości, bez skrótów, bez opóźnień i bez tłumaczeń, że „to nie teraz”. Jeśli jawność jest standardem – publikacja dokumentów powinna być formalnością.
Przy okazji warto rozwiać narastające wątpliwości, bo mieszkańcy mają prawo wiedzieć, jak wygląda praktyka, a nie tylko deklaracje. Skoro działalność w stowarzyszeniu określana jest mianem wolontariatu, to wypada jasno i publicznie odpowiedzieć: czy jest to faktycznie wolontariat w klasycznym znaczeniu, czy raczej wolontariat w wersji „nowoczesnej”? Czy osoby zaangażowane – w tym Pani – otrzymują jakiekolwiek wynagrodzenia, honoraria, umowy, diety lub inne formy finansowej gratyfikacji, czy też nie?
Jeżeli wolontariat jest całkowicie bezpłatny – sprawozdania finansowe to potwierdzą i zamkną temat.
Jeżeli pojawiają się wypłaty – mieszkańcy mają pełne prawo o tym wiedzieć.
A jeżeli dokumenty nie są publikowane, to rodzi się pytanie, czego właściwie mamy się nie dowiedzieć.
Transparentność nie polega na głośnym żądaniu dokumentów od innych. Transparentność zaczyna się w momencie, gdy pokazuje się własne dokumenty jako pierwsze. W przeciwnym razie jawność staje się hasłem, a nie zasadą, i narzędziem nacisku, a nie uczciwej kontroli.
Dlatego pytanie nie brzmi już: dlaczego inni nie publikują sprawozdań.
Pytanie brzmi: dlaczego Stowarzyszenie Słowikor wciąż tego nie zrobiło – i czy „wolontariat” oznacza dokładnie to, co mieszkańcy rozumieją pod tym słowem.
Upublicznienie sprawozdania raczej nie będzie z jednego prostego powodu a mianowicie KASA . Wyjdzie na jaw że przysłowiowy WOLONTARIAT w Stowarzyszeniu Słowikor pobiera pieniądze za działalność .Ktoś już pisał Duet Doskonały radna +sołtys w jednym domu, jedno bierze kasę a drugie przyklepuje ŻYĆ NIE UMIERAĆ.
Będziemy żądać od innych przejrzystości a my już nie musimy .
Panie Sołtysie, edytowanie wpisów na Facebooku po reakcji mieszkańców samo w sobie budzi wątpliwości. Jednak sprawa staje się znacznie poważniejsza, gdy zauważyć, że zmiany w treści wpisów nastąpiły dokładnie tego samego dnia, w którym przewodnicząca rady otrzymała pismo od wójta z informacją o złamaniu prawa przez radnego Roberta Rakusa.
To już nie wygląda na przypadek.
To wygląda na reakcję na rozwój wydarzeń, a nie na zwykłą korektę treści.
Dlaczego wpisy zostały zmienione właśnie wtedy?
Dlaczego nie było żadnego publicznego wyjaśnienia, co zostało poprawione i z jakiego powodu?
Dlaczego mieszkańcy mieli odnieść wrażenie, że przekaz jest „porządkowany” w momencie, gdy sytuacja polityczna stała się niewygodna?
Sołtys odpowiada nie tylko za komunikację, ale przede wszystkim za fundusz sołecki – pieniądze wszystkich mieszkańców. I tu pojawia się zasadnicze pytanie: jak mieszkańcy mają Panu ufać w sprawach finansowych, skoro nawet w sprawach informacyjnych pojawia się brak przejrzystości?
Fundusz sołecki nie jest własnością sołtysa.
Nie jest też narzędziem radnego ani żadnego klubu.
To są pieniądze mieszkańców, a każda decyzja powinna być podejmowana w sposób maksymalnie transparentny i wolny od choćby pozoru konfliktu interesów.
Dlatego kolejne pytania są nieuniknione:
dlaczego przed zleceniem szkolenia nie zebrano ofert od innych firm?
Dlaczego zadanie powierzono koledze – radnemu z tego samego klubu?
Czy brano pod uwagę konflikt interesów, skoro Pana żona również jest radną należącą do tego samego klubu, który wspólnie podejmuje działania i – jak wiadomo – organizuje wyjazdy integracyjne?
Jak mieszkańcy mają uwierzyć, że wybór wykonawcy był podyktowany najlepszą ofertą, a nie relacjami klubowymi?
Jak mają mieć pewność, że fundusz sołecki służy całej wspólnocie, a nie zamkniętemu środowisku, które razem pracuje, razem decyduje i razem wyjeżdża?
Nikt nie kwestionuje prawa do spotkań czy integracji. Problem zaczyna się w momencie, gdy te same osoby decydują o publicznych pieniądzach, a decyzje zapadają bez konkurencyjnych ofert, bez jasnych kryteriów i bez publicznego uzasadnienia. Wtedy integracja przestaje być prywatna, a zaczyna być sprawą zaufania publicznego.
Jak po tym wszystkim spojrzeć mieszkańcom w oczy na zebraniu wiejskim?
Jak przekonywać, że fundusz sołecki jest „dla mieszkańców”, skoro działania sprawiają wrażenie, że jest dla swojego środowiska?
Jak budować zaufanie, gdy przekaz jest edytowany dokładnie w dniu, w którym do rady trafiają pisma o możliwym złamaniu prawa?
Bo fundusz sołecki to nie PR, nie polityczna tarcza i nie prywatny projekt.
To wspólne pieniądze mieszkańców, które wymagają pełnej jawności, uczciwości i odpowiedzialności – zwłaszcza wtedy, gdy w grę wchodzą relacje klubowe, rodzinne i polityczne.
Dlatego pytanie, które dziś zadają mieszkańcy, jest jedno i zasadnicze:
czy mogą ufać sołtysowi w sprawach swoich pieniędzy, skoro nawet słowa w mediach społecznościowych okazały się zmienne w zależności od sytuacji?
Bo zaufanie w samorządzie nie znika nagle.
Znika wtedy, gdy zbyt wiele pytań pozostaje bez odpowiedzi.
Test
Pani Justyno Krawiec-Puchała,
skoro transparentność jest dla Pani tak ważna, warto zrobić mały test konsekwencji: opublikować na swoim profilu sprawozdania finansowe Stowarzyszenia Słowikor.Jawność najlepiej smakuje wtedy, gdy stosuje się ją również wobec siebie.
Podczas sesji Rady Gminy brawa wybuchły, gdy wiceprzewodniczący atakował Zastępcę Wójta za to, że zgłosił nieprawidłowości.
Klaskali radni. Na sali był radny powiatowy Maciek, była pani kurator i pani nauczycielka.
Piękna lekcja.
Urzędnik wykonuje obowiązek — dostaje reprymendę.
Atak na legalność — nagroda w postaci owacji.
Ale jest też dobra wiadomość.
Świetnie, że na sali byli świadkowie.
Mogą się przydać przy ewentualnym zgłoszeniu sprawy do organów nadzoru — a jeśli ktoś uzna to za stosowne, także przy ocenie sprawy przez prokuraturę.
Demokracja w wersji pokazowej:
nie zgłaszaj, nie przeszkadzaj, klaszcz najgłośniej.
Pytanie do radnego powiatowego Maćka:
kto bił brawo najgłośniej?
Bo mieszkańcy patrzyli. I zapamiętają.
Przynosicie wstyd tej gminie. To, jaką szopkę zaserwowaliście swoimi wojenkami zwykłym mieszkańcom, nawet nie zachowując spokoju w okresie świątecznym, świadczy o was bardzo źle. To, co pokazaliście na sesji oraz pod tym artykułem, prezentuje wyjątkowo niski poziom debaty publicznej. Takie zachowanie nie przystoi osobom, które mają zarządzać gminą. Wstydu nie macie !
To, co dziś obserwujemy w Poczesnej, to pełen obraz samorządowej porażki – od gminy aż po powiat.
Rada Gminy jest sparaliżowana nieudolnością. Przewodnicząca rady nie panuje nad obradami, nad emocjami ani nad odpowiedzialnością. Wiceprzewodniczący nie tylko nie stabilizuje sytuacji, ale aktywnie uczestniczy w chaosie. Radni opozycji robią z sesji polityczne widowisko, w którym wszystko musi być złe, nawet jeśli jest zgodne z prawem i potwierdzone przez radcę prawnego.
Nie liczy się treść. Liczy się atak. Liczy się zdyskredytowanie wójta i jego otoczenia – za wszelką cenę.
To nie jest już opozycja.
To mentalność sabotażu.
A kiedy do tego obrazu dołożymy poziom powiatowy, robi się jeszcze gorzej.
Radny powiatowy i jego matka od lat występują w roli lokalnych Don Kichotów, walczących z wysypiskiem śmieci w Sobuczynie. Walczą głośno, medialnie, efektownie. Tyle że bez efektu.
Lata mijają. Wysypisko stoi. Mieszkańcy dalej żyją w smrodzie i strachu. A realnych rozwiązań brak.
Dlaczego?
Bo mimo tych „walk” pozostają wierni tej samej formacji politycznej, która przez całe lata miała narzędzia, władzę i możliwości, a mimo to nie pomogła mieszkańcom Poczesnej w niczym istotnym. Ani w sprawie wysypiska. Ani w sprawach rozwojowych. Ani w obronie gminy.
Dziś ta sama formacja nagle „odkrywa” Poczesną.
Wykorzystuje dramat mieszkańców jako paliwo polityczne.
Wystąpienia z mównicy sejmowej, wielkie słowa, medialne gesty — wszystko po to, by zbić kapitał polityczny, a nie rozwiązać problem.
Bo gdy naprawdę można było pomóc — milczeli.
Gdy trzeba było działać — nie było ich.
Teraz, gdy kryzys jest wygodny politycznie, nagle wszyscy są „obrońcami mieszkańców”.
To jest hipokryzja w czystej postaci.
Na dole — nieudolna rada gminy, zajęta niszczeniem własnego wójta.
Pośrodku — powiatowi politycy bez skuteczności.
Na górze — partyjne interesy i sejmowe występy zamiast realnych decyzji.
Tak wygląda system, który nie chroni mieszkańców, tylko wykorzystuje ich problemy.
I w takiej sytuacji ktoś jeszcze dziwi się, że gmina jest słaba wobec Częstochowy?
Że nie potrafi obronić swoich ziem?
Że jest traktowana jak łatwy łup?
Gmina nie jest dziś osłabiana z zewnątrz.
Jest systematycznie niszczona od środka – przez nieudolność, polityczne obsesje i cyniczne wykorzystywanie ludzkich problemów do robienia kariery.
I to jest prawdziwy skandal.
W przestrzeni publicznej od dłuższego czasu funkcjonują informacje, że jeden z radnych powiatowych może mieć zapewnione tzw. „miękkie lądowanie” w Funduszu Górnośląskim. W kontekście jego obecnej aktywności politycznej — ostrożnej wobec własnego zaplecza i mało skutecznej w sprawach kluczowych dla mieszkańców Poczesnej — informacje te budzą uzasadnione zainteresowanie i nie mogą być sprowadzane do zwykłych plotek.
Tym bardziej że sposób funkcjonowania radnego w życiu publicznym nie jest zjawiskiem nowym ani przypadkowym. Zanim sam przejął rolę lokalnego „walczącego”, w debacie publicznej obecna była jego matka. Również deklarowała zaangażowanie społeczne, a jednocześnie układała się z kolejnymi władzami, rozwijając karierę w kuratorium oświaty. Była to aktywność, która — co istotne — nigdy nie prowadziła do realnej konfrontacji z decydentami ani do przełomowych rozstrzygnięć na rzecz mieszkańców. Dla wielu osób był to model „bezpiecznego zaangażowania”: głośnego w deklaracjach, ostrożnego w działaniach i korzystnego zawodowo.
Ten kontekst rodzinny ma znaczenie, bo pozwala dostrzec ciągłość postaw: unikanie konfliktów z realną władzą, funkcjonowanie w ramach systemu i budowanie kariery bez ponoszenia politycznych kosztów.
Fakty dotyczące samego radnego tę ocenę wzmacniają. Był on zatrudniony w Tauronie oraz w Wodach Polskich, a na koniec 2023 roku zasiadał w radzie nadzorczej. Są to role, które wymagają szczególnej transparentności oraz jasnego oddzielenia interesu publicznego od osobistych planów zawodowych. W zestawieniu z pojawiającymi się informacjami o możliwym zatrudnieniu w Funduszu Górnośląskim powstaje pytanie, czy obecna strategia polityczna nie jest podporządkowana logice kariery, a nie realnej walce o sprawy mieszkańców.
Na tym tle szczególnie wymowny pozostaje epizod z 2021 roku. Podczas obrad komisji w starostwie powiatowym, w momencie gdy wyrażany był sprzeciw wobec budowy parkingu w rejonie wysypiska — parkingu, na który mogłyby trafiać samochody z podejrzeniem przewozu niebezpiecznego ładunku — radny opuścił obrady komisji.
Nie po zajęciu stanowiska.
Nie po głosowaniu.
W chwili, gdy sprzeciw był formułowany i wymagał politycznego wsparcia.
Sprawa dotyczyła bezpieczeństwa mieszkańców i potencjalnych zagrożeń, których nie da się zbagatelizować. W takiej sytuacji pozostanie na sali i wsparcie sprzeciwu jest absolutnym minimum odpowiedzialności osoby sprawującej mandat publiczny.
Mieszkańcy mają pełne prawo zapytać:
– dlaczego w tak kluczowym momencie zabrakło obecności i głosu radnego,
– dlaczego wybrał nieobecność zamiast jednoznacznego stanowiska,
– oraz czy była to decyzja przypadkowa, czy świadome unikanie odpowiedzialności w sprawie, która mogła oznaczać konflikt z instytucjami i decydentami.
W polityce lokalnej nieobecność nie jest neutralna.
Nieobecność jest decyzją.
A decyzja o wyjściu z obrad w kluczowym momencie mówi równie wiele, jak głos oddany przeciw.
Dziś, gdy aktywność radnego sprowadza się głównie do bezpiecznych, medialnych ataków na wójta i urząd gminy, przy jednoczesnym braku równie stanowczych działań wobec własnego środowiska politycznego, ten epizod z 2021 roku przestaje być jednorazowym zdarzeniem. Staje się elementem powtarzalnego schematu.
W zestawieniu z:
– zatrudnieniem w spółkach i instytucjach publicznych,
– zasiadaniem w radzie nadzorczej na koniec 2023 roku,
– oraz informacjami o możliwym zatrudnieniu w Funduszu Górnośląskim,
rodzi się pytanie, czy mamy do czynienia z rzeczywistą walką o interes mieszkańców, czy raczej z konsekwentnym unikaniem sytuacji, w których ta walka wymagałaby odwagi i poniesienia osobistych kosztów.
Nie są to pytania personalne.
To pytania o standardy sprawowania mandatu publicznego.
Bo polityk, który wychodzi z sali wtedy, gdy trzeba zostać,
polityk, który milczy tam, gdzie sprzeciw jest niewygodny,
i polityk, którego kariera zawodowa rozwija się równolegle do jego ostrożności politycznej,
musi liczyć się z tym, że jego wiarygodność będzie oceniana surowo.
Dlatego wszystkie te wątki — rodzinne, zawodowe i polityczne — wymagają jasnego, jednoznacznego i publicznego wyjaśnienia.
Nie narracji.
Nie konferencji.
Nie medialnego hałasu.
Tylko odpowiedzi na proste pytanie:
czy w tej historii chodzi jeszcze o Poczesną, czy już wyłącznie o własne zabezpieczenie na przyszłość?
Poznam Poczesniaka na poziomie, najlepiej radnego, przedział wiekowy 40-55. Ja rozwódka. Na życzenie zrobię aktualne badania weneryczne.
Nie dziwię się, że go zdradzała.
Ma ktoś na nią namiar???
Radny na pełen etat, strażak zawsze gotowy i przedsiębiorca „po godzinach”. Kim naprawdę jest Robert Rakus?
Sprawa Roberta Rakusa to już nie jest drobne potknięcie ani „niefortunna faktura”. To modelowy przykład tego, jak lokalna władza zaczyna mylić służbę publiczną z prywatnym interesem, a przy okazji oczekuje, że mieszkańcy przymkną na to oko.
Radny Rakus – według opisanego przypadku – prowadzi działalność gospodarczą, która wchodzi w relację finansową z gminą, w której sam sprawuje mandat. Prawo jest w tej sprawie jednoznaczne. Nie ma „ale”, „nie wiedziałem”, „to tylko 1800 zł”. To nie kwota jest problemem – to zasada. Jeśli radny zarabia na gminie, w której podejmuje decyzje, to nie ma mowy o bezstronności.
I teraz najważniejsze pytanie, którego nikt głośno nie chce zadać:
Skąd pan Robert Rakus ma na to wszystko czas?
Bo mówimy o człowieku, który jednocześnie:
pracuje w straży – formacji wymagającej pełnej dyspozycyjności, koncentracji i odpowiedzialności,
pełni funkcję radnego, czyli osoby mającej reprezentować interes mieszkańców, brać udział w komisjach, sesjach, analizować dokumenty,
prowadzi działalność gospodarczą, organizuje szkolenia, wystawia faktury, rozlicza się z kontrahentami.
To nie są zajęcia „od czasu do czasu”. To trzy pełnowymiarowe role, z których każda – wykonywana uczciwie – pochłania czas i energię.
Kiedy pan Rakus odpoczywa?
Czy w ogóle odpoczywa?
A jeśli nie – to czy pełniąc służbę w straży jest faktycznie w 100% zaangażowany?
Czy bycie radnym nie jest przypadkiem dodatkiem do własnej działalności, a nie odwrotnie?
Mieszkańcy mają prawo wiedzieć, czy ich radny jest radnym z powołania, czy z wygody. Czy reprezentuje interes wspólnoty, czy po prostu znalazł sposób na łączenie funkcji publicznej z prywatnym biznesem – na granicy prawa albo już poza nią.
Obrona w stylu: „to było zgodne z prawem”, „to tylko szkolenie”, „wszyscy tak robią” brzmi jak kpina z obywateli. Nie wszyscy tak robią. I właśnie dlatego prawo wprost tego zabrania.
Radny to nie przedsiębiorca z dostępem do publicznych pieniędzy. Strażak to nie funkcja „po godzinach”. A mieszkańcy to nie statyści w lokalnym teatrze, którym wystarczy kilka górnolotnych słów i wzruszenie ramion.
Jeśli ktoś nie potrafi jasno oddzielić służby publicznej od prywatnych interesów, to nie powinien pełnić funkcji publicznych. Tak po prostu. Bez tłumaczeń, bez szukania winnych wokół, bez atakowania tych, którzy mają odwagę wskazać problem.
Bo na końcu zostaje jedno pytanie, najważniejsze ze wszystkich:
Czy Robert Rakus jest radnym dla mieszkańców – czy mieszkańcy są tylko tłem dla jego aktywności?
To, co wydarzyło się wokół sprawy radnego Roberta Rakusa i wystąpienia wiceprzewodniczącego Łukasza Szumery, nie jest już pojedynczym incydentem ani „emocjonalną dyskusją”. To poważny kryzys wiarygodności Rady Gminy Poczesna, który obnażył coś znacznie groźniejszego niż jeden kontrowersyjny przypadek – instytucjonalną bierność i przyzwolenie.
Z jednej strony mamy sprawę radnego i wiceprzewodniczącego Roberta Rakusa, budzącą poważne wątpliwości prawne i etyczne. Zamiast jasnego stanowiska, wyjaśnień i refleksji – pojawia się publiczna obrona i rozmywanie odpowiedzialności. Z drugiej strony wiceprzewodniczący Rady, Łukasz Szumera, który zamiast stać na straży standardów, atakuje zastępcę wójta za to, że ten wykonał swój ustawowy obowiązek.
To moment, w którym należy powiedzieć jasno:
atakowanie urzędnika za przestrzeganie prawa jest czymś absolutnie niedopuszczalnym.
I jeszcze bardziej niepokojące jest to, co wydarzyło się potem.
Przewodnicząca Rady nie zareagowała.
Radni milczeli.
Nie padło ani jedno słowo sprzeciwu.
Ta cisza nie była przypadkowa.
Ta cisza była wymowna.
Bo dziś pytanie brzmi brutalnie i bezpośrednio:
czy radni zamierzają pozostać bierni wobec słów wiceprzewodniczącego Szumery, czy podejmą jakiekolwiek kroki, by ochronić dobre imię Rady Gminy Poczesna?
Dobre imię Rady nie polega na solidarności w milczeniu.
Dobre imię Rady polega na tym, że:
prawo jest respektowane,
urzędnicy nie są publicznie atakowani za wykonywanie obowiązków,
a osoby pełniące funkcje kierownicze nie wykorzystują mównicy do politycznych rozgrywek i zastraszania.
Jeśli po takim wystąpieniu nie ma reakcji, to mieszkańcy mają pełne prawo uznać, że:
Rada akceptuje relatywizowanie prawa,
Rada godzi się na atakowanie urzędników,
Rada nie widzi problemu w konfliktach interesów i podwójnych standardach.
Nie da się już schować za frazesami o „spokoju” i „nieskalowaniu atmosfery”.
Nie da się mówić o odpowiedzialności, gdy przewodnicząca milczy, a wiceprzewodniczący atakuje tych, którzy działają zgodnie z ustawą.
Nie da się udawać, że to „tylko słowa”, gdy te słowa niszczą zaufanie do całej instytucji.
Dziś każdy radny stoi przed prostym wyborem:
albo bierność, albo odpowiedzialność.
Bo jeśli Rada nie odetnie się jasno od słów wiceprzewodniczącego, jeśli nie stanie w obronie zastępcy wójta, który wypełnił swój ustawowy obowiązek, jeśli nie pokaże, że potrafi reagować na działania godzące w jej wiarygodność – to odpowiedzialność spadnie na wszystkich, bez wyjątku.
Mieszkańcy nie zapamiętają tego, kto miał rację w kuluarach.
Zapamiętają kto milczał, gdy należało zareagować.
Zapamiętają, kto bronił prawa, a kto bronił układu.
Bo dziś nie jest testowany jeden radny.
Nie jest testowany jeden wiceprzewodniczący.
Dziś testowana jest cała Rada Gminy Poczesna.
A cisza – wbrew pozorom – jest najgłośniejszą odpowiedzią.
Wystąpienie wiceprzewodniczącego Rady Gminy Łukasza Szumery to nie była zwykła polityczna tyrada. To było publiczne odsłonięcie sposobu myślenia o prawie. I właśnie dlatego sprawa jest tak poważna.
Bo warto przypomnieć rzecz fundamentalną:
Łukasz Szumera jest z zawodu geodetą.
A geodeta to zawód zaufania publicznego – oparty na bezwzględnej rzetelności, literalnym przestrzeganiu przepisów i odpowiedzialności za decyzje, które mają realne skutki prawne i finansowe dla obywateli.
W tym kontekście szczególnie uderzające było to, co padło z mównicy Rady.
Relatywizowanie prawa.
Atakowanie urzędnika za wykonanie ustawowego obowiązku.
Sugestie, że przestrzeganie przepisów jest problemem, a nie obowiązkiem.
I w tym wszystkim – ironiczne przywoływanie łacińskiej sentencji „dura lex, sed lex”, przypisywanej Ulpianowi.
Twarde prawo, ale prawo.
Tyle że w ustach wiceprzewodniczącego zabrzmiało to jak pusty cytat, a nie zasada. Bo nie da się jednocześnie:
przywoływać łacińskie maksymy o nieuchronności prawa
i atakować tych, którzy to prawo egzekwują,
sugerować, że przepisy można naginać, gdy są niewygodne politycznie.
To nie jest tylko hipokryzja.
To jest niebezpieczny sygnał.
Bo jeśli osoba wykonująca zawód, w którym centymetr, linia i paragraf decydują o cudzym majątku, publicznie pokazuje, że prawo można traktować wybiórczo – to rodzi pytanie zasadnicze:
👉 czy taka osoba jest wiarygodna?
👉 czy klienci mogą mieć pewność, że prawo będzie dla niej zawsze „dura lex”, a nie tylko wtedy, gdy pasuje?
👉 czy standardy zawodowe kończą się tam, gdzie zaczyna się polityczna lojalność?
Nie da się oddzielić polityki od zawodu grubą kreską.
Postawa publiczna zawsze rzutuje na zaufanie – szczególnie w zawodach, które to zaufanie mają wpisane w DNA.
Geodeta, który kwestionuje sens przestrzegania prawa w życiu publicznym, sam podważa fundament swojej wiarygodności zawodowej.
Polityk, który atakuje urzędnika za stosowanie ustawy, wysyła jasny sygnał: prawo jest dobre tylko wtedy, gdy nie przeszkadza.
A to jest sygnał, który powinien zaniepokoić każdego:
mieszkańca,
inwestora,
klienta,
obywatela.
Bo jeśli „twarde prawo” staje się tylko retorycznym ozdobnikiem w ustach władzy, a w praktyce jest zwalczane – to przestaje być prawem. Staje się narzędziem.
I właśnie dlatego to wystąpienie tak bardzo boli Radę Gminy Poczesna.
Bo obnaża nie tylko problem polityczny.
Obnaża problem z rozumieniem prawa, odpowiedzialności i zaufania publicznego.
A bez zaufania – ani polityka, ani zawód zaufania publicznego nie mają racji bytu.
Ludzie nie rozumiecie, że to jedna wielka zasłona dymna. Ekscytujecie się tutaj wystąpieniem Pana Szumery, a na pewno za tym wszystkim jest drugie dno. Oni w kuluarach razem piją i się bawią. Wy ciemny lud łapiecie się na to. Zastanówcie się co oni tam szykują bo sytuacja jest bardzo zła. Wojna za wschodnią granicą, kryzys gospodarczy. Jestem pewien, że politycy już mają mieszkania w Hiszpanii, a Wy ciągle skłóceni. Ciemny lud oj ciemny. Manipulują wami jak chcą. Nic się z wami nie zmienia, niestety. Jest to przykre oj bardzo
Mnie zastanawia kwestia kościoła. Każdy tutaj jest wielkim katolikiem i każdy tu dobrze z tego żyje. Wszyscy oni dobrze się trzymają z naszym proboszczem. Kasa się kręci. Powyżej wymieniony radny i jego obecna rozśpiewana małżonka znaleźli sobie na plebani całkiem lukratywne źródło dochodu. Za czyje pieniądze? Za nasze! Zwykłych parafian. Kiedy ktoś się temu przyjrzy i to ukruci? Pytam się kiedy. Proboszczowi łatwo przychodzi rozdawanie pieniędzy na bezsensowne inicjatywy. Ludzie obudźcie się i przejrzyjcie na oczy. To jedna wielka sitwa! Tragedia. Tutaj się wypowiadacie jako eksperci a prawdziwym życiu zero inicjatywy. Wstyd wstyd wstyd. Moja mała ojczyzna od lat nie może wyjść z tego kryzysu…
To, co dzieje się w tej gminie, wygląda jak podręcznikowy przykład lokalnego układu, w którym władza, Kościół i instytucje mające chronić najsłabszych wzajemnie się osłaniają. Milczenie proboszcza w sprawie Niebieskiej Karty wobec wiceprzewodniczącego rady gminy nie jest „neutralnością” ani „roztropnością duszpasterską”. To ciche przyzwolenie. To sygnał: jeśli masz stanowisko, wpływy i odpowiednie nazwisko — Kościół nie będzie zadawał niewygodnych pytań.
Jeszcze bardziej kompromitująco wygląda sytuacja Gminnej Komisji ds. Rozwiązywania Problemów Alkoholowych, w której zasiada sekretarz gminy oraz część radnych. Komisji, która z definicji powinna być niezależna, odważna i bezwzględna wobec przemocy oraz nadużyć, a nie uwikłana w polityczne i towarzyskie zależności. To nie jest drobna wątpliwość proceduralna — to rażący konflikt interesów.
Zadajmy wprost pytanie, którego nikt tam najwyraźniej nie ma odwagi wypowiedzieć:
czy taka komisja będzie w stanie skierować wiceprzewodniczącego rady gminy — swojego kolegę, przełożonego, partnera politycznego — na badania lub leczenie?
Czy ktoś naprawdę wierzy, że sekretarz gminy i zaprzyjaźnieni radni podniosą rękę przeciwko „swojemu”? Czy raczej zobaczymy klasyczne: przeciąganie sprawy, proceduralne uniki, ciszę i udawanie, że problem nie istnieje?
Jeśli komisja działa tylko wobec zwykłych mieszkańców, a traci wzrok i słuch, gdy sprawa dotyczy ludzi władzy, to nie jest żadna komisja pomocowa. To fasada, za którą kryje się ochrona lokalnych elit. A to oznacza jedno: prawo w tej gminie nie jest równe dla wszystkich.
W tym samym czasie proboszcz — autorytet moralny, który powinien stać po stronie krzywdzonych, a nie uprzywilejowanych — milczy, choć żona wiceprzewodniczącego aktywnie udziela się w kościele. Ten kontrast mówi wszystko. Kościół potrafi być blisko władzy, ale znika, gdy trzeba nazwać zło po imieniu.
To już nie jest kwestia „indywidualnych zaniedbań”. To systemowe tchórzostwo. To sytuacja, w której instytucje powołane do ochrony rodzin, ofiar przemocy i porządku prawnego stają się tarczą dla wpływowych. A każdy dzień milczenia pogłębia poczucie bezkarności.
Jeśli Gminna Komisja ds. Rozwiązywania Problemów Alkoholowych nie potrafi być obiektywna — powinna zostać natychmiast prześwietlona lub rozwiązana w obecnym składzie. Jeśli proboszcz nie potrafi jasno powiedzieć, że przemoc i nadużycia są nie do pogodzenia z jakąkolwiek funkcją publiczną — traci moralne prawo do pouczania kogokolwiek z ambony.
To nie jest atak. To jest oskarżenie o zaniechanie.
A zaniechanie w takich sprawach zawsze stoi po stronie silniejszego — nigdy po stronie ofiary.
Dura lex, sed lex — chyba że lex dotyczy kolegów. Wtedy lex robi się miękka
Jakbyś to odniósł do sytuacji z tak zwaną sraczką poczesniaczką? Bardzo mnie interesuje opinia doświadczonego prawnika.
Przeraża mnie poziom dyskusji na tym forum. Osobiście znam Łukasza bardzo długo. Uważam go za poczciwego człowieka, nigdy nie odmówił pomocy. Co do działaności samorządowej ciężko mi to oceniać. Nie znam jego małżonki i jego obecnej sytuacji osobistej. Zastanawiam się po co tu ludzie wypisują o jakimś rozwodzie, doradzają się żeby Dorotka się trzymała. Piszą o alkoholu, zdradach. Ludzie jesteście tacy prymitywni, że musiałem tu coś od siebie dodać. Jeśli macie obiekcje co do działalności politycznej Lukasza nie zagłosujecie na niego w przyszłych wyborach i tyle. To się nazywa demokracja. Po co tu ludzie piszą o wspieraniu jakiejś Dorotki? Domyślam się, że to obecna żona Łukasza, ale nie wiem. Po co mieszacie w jakąś wiejską politykę osobiste sprawy prawdopodobnie obcych dla was ludzi? Aaaa…. Wiem czemu, bo prawdopodobnie jesteście nie dawno oderwanymi od pługa potomkami wiejskich analfabetów. Idę zaraz do Oszołoma może spotkam kogoś kto omówi ze mną wiejskie pierdoły. Jak wrócę to napiszę. Także na ten moment rozejść się i wracać do roboty w polu…
Byłam w Oszołomie i mam nowe wieści. Podobno Józek ze Sobuczyny pierdnął, a Krysia wiecie, która ta Krysia od byłego skarbnika dostała zaparcia po zjedzeniu dziesięciopaku pączków z Oszołoma, tych naszych ulubionych. Także w gminie w gminie panują problemy gastryczne. Jak będziesz miał nowe wieści to dawaj znać!
Właśnie wracam z oszołoma i też mnie coś ciśnie na kibel…
To PLANDEMIA sraczki, tak zwana sraczka pocześniaczka! Lokalne cwaniaki już podnoszą cenę Laremidu o 300%. Zapytajmy wójta czy będę pieniądze na walkę ze sraczką pocześniaczką. Proszę o pilną odpowiedź. Sytuacja może wymknąć się spod kontroli. A wtedy kanalizacja sanitarna może poprostu eksplodować!!!!!!!
Ma ktoś numer do Rakusa? Siedze na kiblu na papier mi się skończył. Jak mi przywiezie to zagłosuje na niego. Pocześniaki pomóżcie!
Jak sytuacja w Oszołomie? Laremid dostępny? Ja ciągle na kiblu. Bez odbioru…
Wiejski rynsztok prostych zawistnych pocześniaków.
Piąteczka kolego. Poczesniaki pomiędzy paczkami z oszołoma czytają i się dobrze bawią. A rano znowu homo to na plecy i pranie pola…
Proszę już przestać wypisywać głupoty na temat Dorotki i Łukasza Szumerów. Znam ją od dziecka byłam na jej ostatnim ślubie. Wiem jaka tam jest sytuacja. Łukasz i Dorota tworzą na prawdę udany związek. Proszę nie pisać bzdur o niebieskich kartach, alkoholizmie i zdradach. Ta para na prawdę się kocha i tworzy udany związek. Dlaczego komuś zależy na ich nieszczęściu. Tak kochającej żony życzę każdemu mężczyźnie, a Łukasz to na prawdę czuły mąż, który zapewnia jej wszystkiego czego ona potrzebuje. Dorota przysięgała miłość i wierność temu mężczyźnie, zawsze mi mówiła, że to miłość jej życia. To jest para, która nad soba pracuje w duchu katolickich wartości. Oboje są zaangażowani w dzieło odnowy wiary o czym może poświadczyć ich zaangażowanie w życiu lokalnej parafii. Oboje zawsze dbali wzajemnie o szacunek i reputację swoją, jakże swojej rodziny i obrony kościoła. Jako osoby publiczne zawsze stali na straży rodziny i tradycyjnych wartości, szczególnie Dorota, którą znam od dziecka, która pochodzi z rodziny katolickiej, konserwatywnej i patriotycznej. Proszę już skończyć z tymi oszczerstwami i kłamstwami gdyż to małżeństwo jednym z niewielu które publicznie prezentuje poczucie godności jak i dumy z bycia Poczesnianami. Wasze oszczerstwa to hańba dla naszej małej ojczyzny, która chce anektować miasto Częstochowa. W tym trudnych chwilach łączmy się a nie dzielmy.
Ja byłam na jej przed ostatnim ślubie i tak to wszystko prawda co piszesz.
Pytanie do członków Rady Sołeckiej w Korwinowie – i to pytanie nie jest uprzejme.
Gdzie byliście, kiedy sołtys organizował „szkolenie” za 1800 zł? Czy byliście obecni przy podejmowaniu tej decyzji, czy dowiedzieliście się po fakcie, gdy faktura była już opisana i podpisana?
Bo jeśli rada sołecka ma pełnić jakąkolwiek funkcję kontrolną, to właśnie w takich momentach, a nie wyłącznie przy okazji festynu czy zdjęcia do sprawozdania. Czy ktokolwiek z was zadał elementarne pytanie: czy 3-godzinne szkolenie jest warte 1800 zł publicznych pieniędzy? Czy ktoś sprawdził, co dokładnie było jego treścią, kto je prowadził, jakie były kwalifikacje prowadzącego i jak ta kwota ma się do realnych, rynkowych stawek?
1800 zł za 3 godziny to 600 zł za godzinę.
To nie jest drobny wydatek „na potrzeby sołectwa”. To kwota, która powinna zapalić lampkę ostrzegawczą u każdego, kto odpowiada za pieniądze mieszkańców. A jednak — cisza.
I teraz kluczowe pytanie, którego nikt najwyraźniej nie chce zadać głośno:
dlaczego sołtys sam opisał i podpisał fakturę na taką kwotę?
Czy było to poprzedzone decyzją rady? Czy była uchwała? Czy była zgoda większości? Czy chociaż była dyskusja, czy po prostu uznano, że „tak będzie najszybciej i najwygodniej”?
Bo jeśli rada sołecka nie weryfikuje wydatków, nie zadaje pytań i nie domaga się uzasadnień, to po co w ogóle istnieje? Jaka jest jej rola — kontrolna czy dekoracyjna?
I nie, tłumaczenie „nie wiedzieliśmy” nie jest żadnym usprawiedliwieniem.
Jeśli rada nie wiedziała, co się dzieje z pieniędzmi — to jest to kompromitacja.
Jeśli wiedziała i nie zareagowała — to jest to poważny problem odpowiedzialności.
Trzeciej opcji po prostu nie ma.
Mieszkańcy Korwinowa mają pełne prawo zapytać:
– kto sprawdził zasadność tej kwoty?
– kto uznał, że 1800 zł za 3 godziny to wydatek racjonalny?
– kto zaakceptował fakturę i na jakiej podstawie?
– dlaczego nie ma jasnego, publicznego wyjaśnienia?
Bo pieniądze publiczne nie są niczyją prywatną kasą, nawet jeśli kwoty wydają się „niewielkie” w skali budżetu. Właśnie od takich „niewielkich” wydatków zaczyna się brak kontroli i przyzwyczajenie, że „jakoś to przejdzie”.
To nie jest personalny atak. To jest test wiarygodności rady sołeckiej.
Czy potraficie stanąć przed mieszkańcami i powiedzieć: sprawdziliśmy, zweryfikowaliśmy, wiemy, dlaczego ta kwota była zasadna?
Czy raczej zapadnie cisza, która będzie głośniejsza niż jakiekolwiek wyjaśnienia?
Bo dziś pytanie brzmi nie tylko o jedno szkolenie i jedną fakturę.
Pytanie brzmi: czy w Korwinowie ktokolwiek naprawdę pilnuje publicznych pieniędzy, czy wszyscy tylko podpisują i odwracają wzrok?
Taka moja refleksja i podsumowanie co do komentarzy i zachowania pana wiceprzewodniczącego:
– sprawy wiary nie powinny być podnoszone na sesji rady gminy;
– sprawy rodzinne powinny być prywatną sferą życia każdego z nas, tylko w przypadku gdy wyrządzana jest krzywda mamy prawo zareagować;
– w komentarzach nie powinno się pisać o sprawach innych niż dotyczących danego tematu;
– na każde, nawet najmniejsze naruszenie prawa powinno się reagować, szczególnie w przypadku osób które reprezentują interes publiczny;
– religią nie powinno się usprawiedliwiać czynów, znamy to z historii i widzimy co się dzieje gdy nasze wyznanie prowadzi do potępiania innych poglądów;
– szanujmy zdanie innych, bo nie zawsze musimy mieć rację;
– i kończąc, zacznijmy myśleć samodzielnie, analizujmy otoczenie, nie dajmy się popychać w z góry zamierzony kierunek, bo może właśnie ktoś tego chce.
Zgoda buduje, niezgoda rujnuje!
Dokładnie, wtrącanie się w czyjeś życie prywatne to na prawdę prymitywne i żenujące praktyki rodem z byłego ustroju. Nagonka na Pana Szumera komuś jest na rękę. Nie wieżę w przypadek. Jak go znam jest ugodowym człowiekiem i politycznie rozsądnym. Według jednych zachował się dobrze, według innych źle. W każdym razie ludzie miejcie trochę szacunku wobec siebie wzajemnie.
Gdy prawo zostało naruszone, sprawa była jasna: obowiązkiem urzędników było poinformować właściwe organy. I tak się stało. Ale to, co wydarzyło się później, obnażyło coś znacznie gorszego niż sam konflikt interesów — mechanizm cynicznej obrony „swoich” za wszelką cenę.
Zamiast odpowiedzialności zobaczyliśmy spektakl.
Zamiast skruchy — narrację o „dobrych intencjach”.
Zamiast powagi — emocjonalne wystąpienia, które miały przykryć fakt, że prawo zostało złamane.
I w tym spektaklu na pierwszy plan wysunięto człowieka, o którym od lat wiadomo, że zmaga się z poważnym osobistym kryzysem. Kryzysem, który w normalnych warunkach powinien skutkować ochroną przed presją, a nie wystawianiem na publiczną konfrontację.
To nie była empatia.
To było wykorzystanie słabości.
Bo jeśli ktoś:
ma pełną świadomość, że doszło do naruszenia prawa,
wie, że sprawa jest jednoznaczna,
a mimo to pozwala, by w jego obronie występowała osoba krucha, przeciążona, w kryzysie,
to nie jest to „koleżeństwo”.
To jest tchórzostwo ubrane w moralne frazesy.
Najbardziej uderzające jest jednak coś innego: cisza tego, który naprawdę powinien zabrać głos. Człowieka, który wiedział, co zrobił. Który miał czas, by zareagować. Który miał możliwość powiedzieć: „to mój błąd, poniosę konsekwencje”.
Zamiast tego:
pojawiła się korekta dokumentów po fakcie,
pojawiły się próby zmiany narracji,
a ciężar obrony przerzucono na kogoś, kto nie powinien go dźwigać.
To nie jest przypadek.
To jest model działania.
Model, w którym:
prawo przeszkadza,
odpowiedzialność jest niewygodna,
a czyjś kryzys staje się użytecznym parawanem.
I właśnie dlatego ta sprawa jest tak groźna. Bo nie chodzi tylko o jednego radnego, jedną fakturę czy jedno szkolenie. Chodzi o sygnał wysyłany mieszkańcom: że jeśli jesteś „swój”, to zawsze znajdzie się ktoś, kto wystąpi za ciebie — nawet kosztem własnej godności.
Zdrowa wspólnota działa odwrotnie.
Chroni słabszych przed wykorzystywaniem.
Wymaga od silniejszych, by ponosili konsekwencje.
Tu stało się dokładnie odwrotnie.
I dopóki nie powiemy tego głośno, dopóty takie mechanizmy będą wracać. Pod innymi nazwiskami. W innych sprawach. Z tym samym skutkiem: erozją zaufania i pogardą dla prawa.
To nie jest tekst o czyjejś słabości.
To jest tekst o braku kręgosłupa u tych, którzy powinni go mieć najmocniejszy.
Dodam, że wszytko Szymonie napisałeś bardzo rozsądnie, ale mam pewną uwagę. Mamy w gminie mocną zawieruchę, część nas wierzy w Boga cześć nie. Nasz proboszcz na codzień bardzo lubi się udzielać politycznie, dlatego niech wyrazi swoją opinię na temat obecnego kryzysu w gminie. Ja z chęcią go posłucham jako osoba praktykująca.
Też mam takie wrażenie, że radny Szumera jest ofiarą tej całej hucpy. W pewien sposób został wykorzystany i jeszcze nie przychylne mu środowiska dowalają mu tutaj z powodu problemów osobistych. Ludzie są podli, wykorzystają wszystko co mogą. Współczuję Radnemu Szumera z całego serca. Z tego co mi wiadomo to jego żona go oczernia wśród znajomych i rodziny a teraz przerzuca jeszcze tą żółć i nienawiść w sferę publiczną poprzez to forum i poprzez koneksje w gminie. Na tym pozwolę zakończyć sobie ten komentarz bo szkoda tutaj więcej strzępić słów.
Ja na to patrzę z takiej perspektywy. Od jakiegoś czasu na Łukasza wylewa się ogoromny hejt. Czy komuś nacisną na odcisk? Może walczy o sprawiedliwość społeczną? Może walczy z układem? Kto wie? Na pewno nie jest przypadkiem mieszanie go z błotem, upublicznię zawirowań e życiu osobistym. nabijanie się z jego wiary i wartości! Ludzie zrozumcie, że to co wypisuje się na tym forum to tradycyjna manipulacja przeciwników politycznych przeciwko jednostce antysystemowej. To wygląda jak zmasowany atak kogoś komu zależy żeby odsunąć Łukasza od polityki? Tylko dlaczego? Może to jedyny sensowny kandydat w gminie na następnego gospodarza i ktoś sobie z tego zdaje sprawę! Łukasz trzymaj się, ja jako wieloletni sąsiad zawsze mogłem na Ciebie liczyć! Murem za Szumerą!
Murem za Szumerą!
Też mam takie wrażenie, że tutaj panuje jakaś zmowa przeciwko radnemu Szumerze. Wypowiadają się jacyś prawnicy rzucając konkretnymi paragrafami. Intuicja podpowiada, że to przeciwni mu pracownicy gminy lub merytorycznie przygotowani ludzie układu. Raczej nasz pocześniański lud taką specjalistyczną wiedzą w przytłaczającej większości nie operuje. Powinny się temu przyjrzeć konkretne służby, bo to na prawdę wygląda na ustawioną akcję odsunięcia tego radnego od stołka. Powodzenia Szumera, trzymaj się chłopie bo widzę, że ładnie ich wk**iłeś.
Ludzie dajcie spokój proboszczowi. Atakujecie księdza bo wiecie, że przyjaźni się z Łukaszem i tyle. Swoją drogą do kolegi Ryszardzie
Proboszcz wypowiedział się w tej kwestii w minioną niedzielę na mszy św. o godz. 10:30 ,odczytując list biskupów podpisany na Jasnej Górze którzy trafili w sedno. Szkoda że nie byłeś uczestnikiem nabożeństwa.
Czy Dorotka, która ma zostawić katolika to ta kobitka co chodzi po wsi i nadaje wszystkim na swojego męża? Bo mieszkam we wsi od 4 lat i próbuje nadążyć nad miejscowym folklorem. Pozdrawiam krajan
Swoją drogą pragnę podziękować wszystkim tu udzielającym się, ponieważ między innymi dlatego chciałem się na wieś wyprowadzić. W mieście nikt nie nadaje na każdego tak jak tu. Synowi powiedziałem że na forum poczesna.pl jest lepszy ubaw niż na tych całych konferencjach freak fight. Zawsze mogę merytorycznie doradzić. Zawodu nie jestem prawnikiem, ale księgowym i doradcą podatkowy dlatego coś tam prawa liznąłem i służę pomocą. Czekam na nowe wieści i pozdrawiam.
Pytanie do osób o których mowa w całej tej dyskusji. Nie będę odnosił się personalnie bo już ładnie was tu pomieszali z błotem. Ale tak po ludzku nie wstyd wam teraz będzie iść do kościoła? Pokazać się ludziom po takim maglu? Ja bym się zapadł pod ziemię i to głęboko…